Ania Ulanicka

10 rzeczy, które zrobiłam po raz pierwszy w życiu będąc w Tajlandii

Nie wiedziałam, czego mam się spodziewać po takim kraju, jak Tajlandia. Nigdy się nim zbytnio nie interesowałam, ani tym bardziej nie był on moim kierunkiem, w którym chciałabym się kiedykolwiek wybrać. 

Bilety kupiłam bardzo spontanicznie. Wiedziałam tylko, że będzie to zdecydowanie coś nowego i zaskakującego dla mnie, zdecydowanie wykraczającego poza moją strefę komfortu.

Nie myliłam się co do tego, wręcz przeciwnie. Zrobiłam po raz pierwszy w życiu kilka rzeczy, które nie wiem, kiedy bym zrobiła, gdyby nie ten szalony wyjazd!

1. SKOCZYŁAM NA GŁĘBOKĄ WODĘ. DOSŁOWNIE.

Ogólnie to ja się boję wody. Ale tak serio. Na tyle, że panikuję, kiedy zaczyna mi brakować gruntu pod nogami, jakoś ciężej mi się wtedy oddycha i w ogóle. :D Nigdy przenigdy przed wyjazdem nie powiedziałabym, że skoczę do wody na otwartym morzu, o głębokości kilkunastu czy kilkudziesięciu metrów (kto by tam liczył!) i będę beztrosko się zanurzać i obserwować dno i fajne rybki przez okularki oddychając przez rurkę. Nevah evah! 

Godzinę jednak wcześniej zostałam na łódce podczas pierwszego snorklingu i było to tak nieprzyjemne uczucie, że tym razem wolałam skoczyć, niż na niej zostać. Oczywiście w kapoku i tak dalej, ale wskoczyłam! Powiedzmy, że pierwszy strach przed głębinami przełamałam.

CHCĘ JESZCZE! 

2. ZWIEDZIŁAM BUDDYJSKIE ŚWIĄTYNIE.

Nigdy wcześniej nie byłam w buddyjskiej świątyni. Biel, kolorowe kafelki, sztuczny odcień złota i - nie da się niestety tego inaczej określić - trochę kicz nie robią tak ogromnego wrażenia jak niektóre chrześcijańskie świątynie, ale zdecydowanie warto choć raz je odwiedzić.

Choćby po to, aby dać się nabrać na woskowe figury medytujących mnichów i krążyć wokół nich czekając na mrugnięcie z myślą, że są prawdziwi. 

3. POSZŁAM NA TREKKING DO DŻUNGLI (I ZALICZYŁAM TYSIĄC UPADKÓW).

Nie wiem, co kosztowało mnie więcej - skok do wody, czy dwudniowe wspinanie się i schodzenie z gór, w ogromnym upale albo lejącym dziko z nieba deszczu. Raczej nie jest to mój ulubiony klimat, ale znowu - cieszę się, że spróbowałam! Upał był przeokropny, duża część szlaku w słońcu, jak nie w słońcu - to w pełnej komarów dżungli. Drugiego dnia za to spadł wielki deszcz i nasze ścieżki zamieniły się w jedną wielką rzekę mokrej gliny. Powiedzieć, że się ślizgaliśmy schodząc z góry, to jak nic nie powiedzieć. Normalnie zjeżdżaliśmy na tyłkach.  

4. SPALIŚMY W WIOSCE Z LOKALSAMI...

...braliśmy prysznic na podwórku polewając się wodą z wiadra, mieszkaliśmy w drewnianym domku na palach w wiosce na granicy kraju (zero klimy oczywiście, haha!), jedliśmy przygotowane przez mieszkańców jedzenie siedząc na podłodze i żyliśmy jak w innym świecie. W którym chodzi się na bosaka i je praktycznie tylko to, co rośnie (lub chodzi) na podwórku obok.

Było to wspaniałe doświadczenie, które pozwoliło spojrzeć inaczej na to, jak wygląda nasze codzienne życie. Ci ludzie jak najbardziej są szczęśliwi, ale my jesteśmy czasami zbytnio zafiksowani na punkcie tego, co chcielibyśmy jeszcze.

A czasami wystarczy mniej.  

5. PROWADZIŁAM SKUTER. JEŻDŻĄC LEWĄ STRONĄ ULICY.

Oczywiście nigdy wcześniej w życiu nie prowadziłam jakiegokolwiek skutera ani tym bardziej nie jeździłam lewą stroną ulicy. Okazało się to trochę łatwiejsze, niż myślałam (może dlatego, że nie prowadzę na co dzień), a obsługa skutera to już w ogóle bułka z masłem (jak ma się obok kogoś, kto się na nim zna i wie, jak odpalić, kiedy nie wiadomo po co zgaśnie!). Możliwe, że jeździłam jak wariatka, ale całe szczęście ludzie w Tajlandii są bardzo mili i nigdy nie trąbią. :) 

6. PŁYNĘŁAM LONG TAILEM. I PRZEŻYŁAM SZTORM NA MORZU.

To było przeżycie wyjazdu.

Teraz to mi się wydaje nawet śmieszne, ale wtedy miałam życie przed oczami. :D Drugiego dnia naszego pobytu w Tajlandii wracaliśmy z plaży taką właśnie drewnianą łódką (innej drogi nie ma), no i tak się złożyło, że zaczął lać deszcz, kiedy byliśmy na otwartej wodzie i ledwo widzieliśmy ląd. Zaczęło tak lać na maksa, z wiatrem, falami, kołysaniem łódką i w ogóle. Pływaliśmy tak chyba z godzinę, a nie mogliśmy przybliżyć się do lądu (mimo moich desperackich próśb o to), bo wtedy w ogóle by nas chyba zmiotło.

To była jedna z najdłuższych godzin mojego życia i pamiętam, że chciałam nawet wyrzucić do wody aparat, aby tylko cało wrócić na ląd (i ucałować ziemię). 

Taj, który nią kierował, był niewzruszony i później opowiadał nam, że pewnego razu złapało go na wodzie tsunami i taką właśnie łódką musiał uciekać przed falami. Nie wiem, ile jest w tym prawdy, ale zostawiliśmy mu spory napiwek z tej radości, że nasze nogi stanęły koniec końców na twardym gruncie. 

A tak w ogóle to szacun dla tych, którzy pływają i zmagają się ze sztormami. :D

7. ZROBIŁAM ZDJĘCIA WSCHODU SŁOŃCA.

Zachody zachodami, ale wschód słońca to dopiero! Trzeba wstać o piątej, odpalić skuter, jechać pół godziny w ciemnościach, aby dotrzeć do plaży na wschodzie wyspy, z której wschód byłby dobrze widoczny. Niby nie jestem leniuszkiem, ale te zdjęcia wschodu słońca zawsze odkładałam na inny, lepszy dzień. W końcu się udało. 

8. SPRÓBOWAŁAM KILKUNASTU NOWYCH POTRAW.

Świeże ananasy, arbuzy, koktajle z najróżniejszych owoców przygotowywane od ręki. Pad thai, różnego rodzaju curry, spring rollsy nie do pobicia, mrożona kawa z mlekiem kokosowym, pikantne zupy i noodle. No a także dziwne makarony z owocami morza, dziwnie pachnące przyprawy i inne smaki, które nie do końca pasowały naszym europejskim podniebieniom. ;) Choć udało się też spróbować pancakesów z nutellą i kokosem albo masłem orzechowym!

Jedliśmy zwykle na ulicy, próbując tylu street foodów, ilu się tylko dało. Byli też tacy odważni (wszyscy, oprócz mnie, haha), którzy spróbowali skorpiona. Albo mięsa z krokodyla. Albo wielkiej, patrzącej krewetki. Jacyś chętni?

9. SPĘDZIŁAM CAŁKOWICIE SAMA DWA DNI W ZUPEŁNIE OBCYM MI KRAJU.

Ze względu na zaplanowane dużo wcześniej zlecenie musiałam odłączyć się od grupy i wrócić do Polski sama. Wyruszyłam z bajecznej wyspy Koh Phangan promem, a później busem do Krabi, gdzie zaczęliśmy naszą wycieczkę i skąd miałam lot do kraju z długą przesiadką w Doha w Katarze.

Wracałam promem, jakimś później podejrzanym autobusem z milionem przesiadek, żeby w końcu jechać sama do hotelu dziwną taksówką o jedenastej w nocy, pięć godzin później, niż początkowo planowano powrót. Miałam się ostatniego dnia najeść ukochanych spring rollsów, a koniec końców zjadłam na kolację laysy, bo cóż się może dziać w małym miasteczku we wtorek o północy. Ktoś zapomniał zamówić mi taksówkę na lotnisko, dojechałam z opóźnieniem. Samolot wystartował dwie godziny później, niż planowano. Ale - dzięki długaśnej przesiadce na lotnisko udało mi się zwiedzić fantastyczne Doha.

Do Polski wróciłam we czwartek nad ranem, w jedynych sensownych butach, jakie pozostały mi po trekkingu, czyli sandałkach! Idealnie przygotowana na 10 stopni i deszcz, które powitały mnie w Polsce. 

10. PRZEŻYŁAM DWA TYGODNIE W KOMPLETNYM ODERWANIU OD RZECZYWISTOŚCI.

Ależ ja tego potrzebowałam! 

Wiem, że gdybym wyjechała w góry lub nad morze, z pewnością zabrałabym ze sobą laptopa, aby w międzyczasie pracować, szukać zleceń, odpisywać na maile. Tym razem jednak zostawiłam go w mieszkaniu, ustawiłam na mailu wiadomość zwrotną i nawet zbyt mocno nie szukałam internetu, kiedy nie miałam dostępu do wifi. 

Bardzo dawno nie pozwoliłam sobie na tak wielki oddech i nabranie dystansu do spraw, które się ostatnio dzieją. Żyłam z dnia na dzień, martwiąc się głównie o to, co danego dnia mam do zrobienia, gdzie możemy zjeść obiad lub w jakim kolejnym mieście będziemy spać i co fajnego nas tam spotka.

Zrobiłam coś dużego dla siebie. Przełamałam trochę swoich barier i wyszłam ze swojej strefy komfortu. No i przypomniałam sobie, jak dobrze jest ruszyć gdzieś, gdzie wszystko jest nowością!   

Ciąg dalszy nastąpi. :)

Share on

You may also like

Previous Post

7 zdjęć sierpnia - śluby, perfekcjonizm i #secretprojects

Next Post

7 zdjęć września - upragniony urlop, piękne sesje i początek jesieni