Ania Ulanicka

2019 rok w 11 hasłach – nie osiągnęłam celów, ale odnalazłam kierunek

Kiedy zerknęłam na postanowienia i cele, jakie zapisałam sobie na początku 2019 roku, zaśmiałam się i zdziwiłam, jak bardzo zboczyłam z wytyczonej sobie drogi.

Przez dwanaście miesięcy skręcałam to w prawo, to w lewo, korzystałam ze spontanicznie nadarzających się okazji, słuchałam swojej intuicji i mówiłam stanowcze NIE, kiedy coś zaczynało mi się nie podobać. Zmieniałam kurs, jeśli z czymś było mi bardzo niewygodnie. Reagowałam ekscytacją, kiedy wyczuwałam szansę i chęć sprawdzenia siebie czy przetestowania nowego sposobu na pracę.

Doszłam do wniosku, że nie lubię stawiania sobie celów. Czuję, że mnie ograniczają, że muszę się czemuś podporządkować. Że jak tego nie zrobię, to potem muszę bić się w pierś i żałować, że nie poczyniłam wystarczających starań, by to osiągnąć. Z wielkim zaskoczeniem zauważyłam, że niektóre cele wypadły, bo ich nie chciałam. Pojawiły się nowe, które uważałam za szansę. Zamiast realizowania celów, realizowałam swoją misję i wartości. W taki sposób zaplanowałam sobie 2020 rok. Tym podzielę się w kolejnym tekście, a dziś piszę o kilku hasłach, które opisują ubiegłe dwanaście miesięcy.

Zdjęcie główne zrobiła mi Magda Mizera. Dziękuję!


1. Dwie przeprowadzki

W styczniu przeprowadziłam się po raz pierwszy, by zamieszkać razem z moim chłopakiem. Zaczęło się cudownie, bo od tego, że poparzył się moją kawiarką i kawą, którą zostawiłam na kuchence, kiedy robił nam śniadanie… Chodził z obandażowaną ręką przez cały tydzień, a ja nie mogłam pozbyć się wyrzutów sumienia. Niezły początek.

I kiedy pomyśleć, że na propozycję wspólnego wynajęcia mieszkania prawie zakrztusiłam się bułką, tak w tym momencie uważam to za jedną z fajniejszych decyzji. Bałam się utraty niezależności, ale okazało się, że w każdym temacie da się dogadać, jeśli tylko znajdzie się osobę, z którą można rozmawiać. 

We wrześniu zostawiliśmy Żoliborz i przeprowadziliśmy się ponownie. Na ten moment mam totalnie dosyć przeprowadzek i z obecnego mieszkania wyciągnąć mnie można będzie chyba tylko siłą.

2. Luz na blogu i Instagramie

W końcu odnalazłam temat, który strasznie mnie jara. W pewnym momencie uznałam, że skoro jestem fotografem, powinnam pisać o fotografii. I owszem, robiłam to, ale ciągle czułam, że to dla mnie zbyt wąskie, za bardzo ograniczające. Ile można otaczać się tylko zdjęciami i fotografowaniem, skoro na co dzień robienie zdjęć to moja praca? Momentami wydawało mi się tego tematu już za dużo. Świętemu by chyba coś takiego zbrzydło, serio. Musiałam to zróżnicować.

Doszłam do wniosku, że przecież ja nie tylko lubię robić zdjęcia. Ja w ogóle lubię się rozwijać. Jara mnie prowadzenie swojego biznesu, inspirowanie, motywowanie. Dlaczego miałabym ograniczać się tylko do zdjęć?

Zaczęłam rozszerzać tematykę.

I ku ogólnej szczęśliwości test zdał egzamin.

Poczułam, że rosnę i że robię to z wielką przyjemnością. Teksty na blogu w końcu zaczęłam publikować naprawdę regularnie, a na Instagram aż chciało mi się zaglądać. Żeby publikować zdjęcia, żeby do Was gadać, żeby z Wami pisać!

Kiedy przestałam się tak strasznie spinać jednym tematem, tym, że COŚ MUSZĘ, w końcu zaczęło wychodzić. Ciągle testuję, sprawdzam nowe pomysły i tematy, coś dorzucam, coś wyrzucam, ale wszystko klaruje mi się w głowie.

View this post on Instagram

Co robiłam, kiedy na dwa dni odłożyłam telefon i wyłączyłam internet? 😱😱😱 _ MEGA dużo wydarzyło się w ciągu ostatniego tygodnia. Zrobiłyśmy live z Olą @aleksandra.stabrawa ❤️, zapowiedziałam warsztaty i dopięłam wszystko odnośnie terminu i miejsca 🤓, przyklepałam ogromniasty projekt fotograficzny, który jak zrealizuję, to chyba padnę 😂, no i po tym szalonym czasie 🤪 musiałam trochę odetchnąć i sobie poukładać sporo rzeczy w głowie. 🙏 Wymyśliliśmy, że robimy sobie reset i weekend praktycznie totalnie offline. 🤩 _ ✔️ Zostawiliśmy telefony w domu i pół dnia spędziliśmy na mieście. ✔️ Skończyłam czytać książkę, którą czytałam już jakieś dwa miesiące. I okazało się, ze jest sto razy ciekawsza, kiedy nie zaglądam do telefonu co pół strony. ✔️ Wyskakałam się dzisiaj jak dzikus na dwóch godzinach jakichś afrykańskich tańców – to powinno być przepisywane na depresje, nie da się tam nie uśmiechać! 😂 ✔️ Okazało się, że mój telefon ma spoko baterie i spokojnie potrafi wytrzymać dwa dni bez ładowania, jeśli tylko nie przyrasta mi do ręki. 🤷‍♀️ _ Czekają mnie teraz trzy tygodnie pracy bez ani jednego dnia wolnego. 🙈🙈🙈 To chyba najbardziej dziki i pełen pracy okres w tym roku: 〰️ wyjazd do Poznania, na tor wyścigowy, do Krakowa, na podlasie, w pięćset miejsc w Warszawie i na Śląsk. 😂 Wszystko po to, by zrobić zdjęcia do książki oraz sfotografować dwa piękne śluby. 〰️ dopracowanie planu i wszystkich inspiracji, jakie zaserwuję uczestnikom warsztatów. 🤓 Przymierzałam się do tego projektu od jakiegoś roku i jak to zrealizuję, to padnę z radości. 〰️ świętowanie urodzin moich, bloga i firmy. 🤓 Nie wiem kiedy ale będę musiała znaleźć czas by się najeść jakiegoś tortu. 😂😂😂😂😂😂😂😂😂 _ Ufffff!!! Jakie u Was plany na przyszły tydzień? 😁 _ Fotkę zrobiła mi @ewelau – jak wpadniecie na warsztaty to tez Was nauczę takie robić haha, zostało jeszcze kilka miejsc. 😁

A post shared by ANIA ULANICKA | FOTOGRAF (@aniaulanicka) on

Na początku roku zrobiliśmy też kilka wspólnych wpisów z Marcinem o budowaniu własnej marki, publikacjach, o content marketingu. To był fantastyczny ruch! Teksty wzbudziły Wasze zainteresowanie i mam nadzieję, że uda się nam to kontynuować. :)

Zobaczcie jeden z nich: Budowanie marki osobistej w mediach społecznościowych. Trzy zasady wg Malca


3. Komercyjne sesje zdjęciowe

Tak jak kiedyś wyobrażałam sobie, że będę fotografowała tylko śluby i sesje rodzinne, tak zwrot w kierunku zdjęć komercyjnych, totalnie niespodziewany, okazał się dla mnie strzałem w dziesiątkę.

Robiłam zdjęcia do ebooków Asi Banaszewskiej (spotkałyśmy się również na jej ślubie!). Fotografowałam sesje lookbookowe nowych marek. Rozpoczęłam stałą współpracę z Moniką Kamińską i Romanem Zaczkiewiczem. Zrobiliśmy wspólnie mnóstwo zdjęć, z których jestem cholernie dumna. We wrześniu wyjechaliśmy na zdjęcia do Brukseli. A ja mam smaka na jeszcze więcej!


4. Fotografowałam śluby

Czerwiec, lipiec i sierpień były tak wyczerpującymi miesiącami, jeśli chodzi o pracę, że pamiętam je jako jeden wielki zapierdziel.

Nie dość, że robiłam sesje wizerunkowe, w niemalże każdy weekend fotografowałam śluby, robiłam zdjęcia do książki, to jeszcze zorganizowałam swoje warsztaty. Musiałam być turbo zorganizowana, żeby temu wszystkiemu podołać. Życie miałam zaplanowane dosłownie co do minuty. Gdybym coś po drodze zawaliła, to chyba posypałoby się wszystko… 

Mimo tego wszystko oddawałam na bieżąco. Nie tylko sesje komercyjne, ale również śluby, które były tak piękne! Na kilka z nich musiałam pojechać nawet kilkaset kilometrów. Strasznie się stresowałam, bo prawo jazdy zrobiłam dosłownie rok wcześniej, a to już były niezłe wyprawy! Przed wszystkimi wyjazdowymi ślubami nie mogłam z tego powodu spać. Ale jestem niesamowicie dumna, że udało mi się wszędzie dojechać samej i że naprawdę polubiłam jazdę samochodem. (Którą po drodze trochę porzuciłam, ale o tym jest pod koniec wpisu.)


5. Zdjęcia do książki

Kiedy przeczytałam maila z pytaniem, czy może nie chciałabym zrobić zdjęć do książki, powiedziałam „O FUCK”.

To było jedno z większych zaskoczeń i, nie da się ukryć, bardziej wymagających zadań tego roku.

Przez kilka tygodni spotykałam się z ludźmi, by ich sfotografować do książki „Żyj z pasją. 13 inspiracji, jak ciekawie spędzać czas wolny”. By pokazać nie tylko ich, ale również pasje, które zajmują ich wolny czas. 

Był to tajemny letni projekt, o którym tak bardzo chciałam wspomnieć, a tak musiałam trzymać go w tajemnicy. Wycieczki po całej Polsce z aparatem w torbie, kawa na wynos, książka pod pachą i drożdżówka w ręce. Każdego dnia byłam gdzieś indziej. Wychodziłam ze swojej strefy komfortu kiedy tylko mogłam. Gdyby tego było mało, miałam jeszcze swoje sesje zdjęciowe, które umówiłam wcześniej i śluby, które odbywały się nie tylko w Warszawie. A, no i jeszcze pomyślałam, że zorganizuję pierwsze swoje autorskie warsztaty fotograficzne. Można by pomyśleć, że upadłam na głowę, że wzięłam sobie tyle roboty. :)  

Żałuję? Absolutnie. Kiedy dostałam pytanie z wydawnictwa, byłam trochę w szoku, a trochę w ekscytacji. Nie miałam pojęcia, z czym to się będzie wiązać, ale od razu odpowiedziałam zdecydowane tak. Ludzie i pasja. Książka. Naturalne i spontaniczne zdjęcia. Czy to nie brzmi ekstra? 

Zdecydowałam się, wiadomo! Spotkaliśmy się w wydawnictwie, zatwierdziliśmy projekt, dostałam kontakty do kilkunastu osób biorących udział w projekcie i zaczęłam działać!

Jeśli chcecie przeczytać więcej o tym, jak przebiegała praca nad zdjęciami do książki, zajrzyjcie do tego wpisu.


6. Moje warsztaty fotograficzne

Pamiętam, że siedziałam z Marcinem przy stole. Kminiłam, kminiłam i powiedziałam, że ja w końcu muszę zorganizować te swoje warsztaty. Otworzyłam kalendarz, wybrałam czwartek za trzy tygodnie, żeby wyrobić się przed urlopem i zabookowałam termin w studio.

Chyba mnie pogrzało, ale miałam wtedy trzy tygodnie na zorganizowanie pierwszych autorskich warsztatów fotograficznych. Wóz albo przewóz. Zrobiłam harmonogram, przygotowałam ofertę, stworzyłam landing page i otworzyłam zapisy. Po drodze miałam ochotę odwołać wszystko milion razy.

Listę zamknęłam w ciągu tygodnia, co było dla mnie czymś absolutnie nie do uwierzenia. 

Był to jeden z bardziej inspirujących i emocjonujących dni tego roku. Poprowadziliśmy warsztaty razem z Marcinem. Ja mówiłam o fotografowaniu, budowaniu swojej marki jako fotografa i zrobiłam krótką sesję i konsultację zdjęć, Marcin natomiast wsparł mnie wiedzą o content marketingu, w czym jest ekspertem. Wróciłam z nich tak nabuzowana, że nie mogłam spać z emocji. To było coś totalnie niesamowitego.

Tutaj możecie zobaczyć pełną relację z warsztatów.


7. Sopot, Włochy i Londyn

Na pewno nikogo nie zaskoczę, kiedy powiem, że były to wyjazdy foodiesów. Tworzenie planu nie zaczyna się u nas od tego, co chcielibyśmy zobaczyć, ale oczywiście od tego, co koniecznie chcielibyśmy zjeść.

Po wyjeździe w Sopocie udało się stworzyć fajny wpis z miejscami z jedzeniem, które naprawdę warto odwiedzić. Relację z Włoch możecie zobaczyć tutaj. Bilety do Londynu kupił mi Marcin w prezencie urodzinowym. Nigdy wcześniej tu nie byłam!

View this post on Instagram

Wiem, że ciężko będzie przebić naszą fotę królewskiej pary z ambasady i foty na bombelka, ale musicie wierzyć mi na słowo, że ten truskawkowy shake był równie dobry! Nie wiem, kiedy ostatnio takiego piłam, chyba w podstawówce. 😂 _ Dziś zwiedziliśmy Cambridge, zjadłam najsłodszy kawałek brownie w calym swoim życiu, poszliśmy do King’s College, a po powrocie do Londynu zakończyliśmy wycieczkę na fish and chips. To już moment, kiedy zaczynam tęsknić za owsianką, nawet pomimo zdrowych śniadań. 😂 _ #londoner #londonstyle #londonist #londongirl #londonfashion #passionpassport #thisislondon #prettycitylondon #visitlondon #lovelondon #londonpop #london_only #london4all #londontown #ldn #timeoutlondon #londoncalling #londonlife #toplondonphoto #londondays #lovegreatbritain #vscolondon #londonforyou #igerslondon #shutup_london #londonstreets #iguk #iglondon

A post shared by ANIA ULANICKA | FOTOGRAF (@aniaulanicka) on


8. Relacje, ludzie, bliskość

Robienie tego wpisu zaczęłam od zrobienia notatek. Wypisałam kilka rzeczy, które były naprawdę znaczące i o których chciałabym wspomnieć. Naszło mnie też wtedy na przejrzenie zdjęć, które zrobiłam w tym roku swoim telefonem.

Kiedy myślałam o ubiegłych 12 miesiącach, pamiętałam stres, mnóstwo pracy, planowanie, pilnowanie deadlinów i napinkę, by się ze wszystkim wyrobić. Kiedy prowadzi się własną działalność, wydaje się to być normą.

Natomiast kiedy obejrzałam zdjęcia – zobaczyłam moją uśmiechniętą mordkę, wygłupy ze znajomymi, romantyczne kolacje z chłopakiem, wyjazdy na urlopy, kawki z przyjaciółmi i dobre jedzenie.

Oglądałam te zdjęcia ze łzami w oczach, nie mogąc powstrzymać tej wielkiej guli wzruszenia w gardle. Że otaczają mnie ludzie, którym na mnie zależy. Którzy mnie kochają. Którzy chcą mnie poznawać, spędzać ze mną czas, pocieszać w słabych momentach i cieszyć się ze mną sukcesami.

I doszłam do wniosku, że to nie stresy zapamiętujemy najbardziej, choć potrafią one jak nic innego napsuć krwi. To fajne spotkania, dobrzy ludzie i przyjemnie spędzony czas nadają smak życiu. Tego chcę jak najwięcej.


9. Climate anxiety

W tym roku przeżyłam po raz pierwszy coś niesamowicie dla mnie trudnego i przytłaczającego.

Lęk klimatyczny.

W okolicach wiosny trafiłam na kilka artykułów naukowych o zmianach zachodzących w środowisku i o perspektywach na przyszłość, które okropnie mną poruszyły. Zaczęłam wgłębiać się w temat i czytać coraz więcej o tym, w jakim stanie jest Ziemia, jedyne miejsce do życia, jakie mamy. Jak procesy fizyczne w niej zachodzące mają wpływ na to, w jakim świecie już żyjemy i w jakim będziemy żyć za kilka lat.

Poczułam ogromny lęk. Przez kilka dni miałam problemy ze snem. Nie miałam ochoty jeść. Płakałam i chodziłam niesamowicie zestresowana. Patrzyłam, jak moje pozytywne wyobrażenia odnośnie mojej przyszłości, dojrzałości i emerytury, podczas której z wnukami będę pielić marchewkę w ogródku, w sekundę rozsypały się w pył.

I tak jak nigdy wcześniej nie myślałam o tym, by być wegetarianką, z dnia na dzień zaczęłam jeść coraz mniej mięsa. Jak nigdy nie myślałam o śladzie węglowym i szkodliwości lotów na środowisko, tak zaczęłam się zastanawiać, czy nie mogę spędzić wakacji bliżej niż latać samolotem na koniec świata. Jak z radością zrobiłam prawo jazdy rok wcześniej i pokochałam jazdę samochodem, tak odechciało mi się do niego wsiadać.

To brzmi strasznie smutno i pesymistycznie, ale to prawda, że w tamtym momencie przeżyłam ogromny cios. Duża część mojego 2019 roku kręciła się wokół starań o to, co mogę zrobić, by mieć wpływ na realne zmiany. 

I wiem, że moje odczucia nie są odosobnione. Może nie mówi się o tym jakoś strasznie głośno, ale jeśli poczuliście coś takiego, nie jesteście w tym odosobnieni.


10. Stres o działalność zamieniłam na własne zasady

Kiedy robię podsumowania roku, lubię zaglądać sobie do tych wcześniejszych.

Dostrzegłam, że wcześniejsze lata pamiętałam jako te zapracowane, z dużą ilością stresu o to, czy powiedzie mi się w pracy, czy poradzę sobie z nowym biznesem, czy znajdę wystarczającą liczbę klientów. Byłam przejęta i pełna niepewności. Zaharowywałam się jak dziki osioł. Nie potrafiłam cieszyć się z prostych rzeczy, bo ciągle z tyłu głowy miałam tylko myśl, co mam do zrobienia. Czy dam radę z kolejnym zleceniem. Czy je zdobędę.

W tym roku powoli zaczęłam uwalniać się od tego stresu. Stopniowo poskramiałam bezsensowną modę na nieustanną harówę i tworzyłam przestrzeń na działanie z sensem i w zgodzie z moimi wartościami. Zaczęłam odczuwać prawdziwe plusy prowadzenia swojego biznesu. Tego, że mam wolność, że mogę układać własne zasady. Że to, w jaki sposób będę prowadziła SWÓJ biznes zależy tylko ode mnie. Zaczęłam sobie porządkować w głowie i pracować tak, jak naprawdę JA tego chcę, a nie tak, jak to każdego dnia kreuje Instagram. W końcu poczułam, że to ja prowadzę swoją działalność, a nie ona ciągnie mnie.

Jeśli chcecie poczytać o tym więcej, zajrzyjcie do jednego z ostatnich wpisów: Moje wartości w biznesie – co zrobić, by praca wspierała życiowe wartości?

11. Kierunek, w jakim chcę iść

Kiedy byłam w środku całej tegorocznej harówy, miałam wrażenie, że otacza mnie tylko praca, listy zadań do zrobienia i chaos deadlinów. Z dzisiejszej perspektywy widzę, że to wszystko podążało w dość jasnym kierunku.

Zaczęłam trochę bardziej słuchać siebie. Patrzeć na to, co z przyjemnością i intuicyjnie robię. Czego intuicyjnie unikam, a co być może powinnam bez najmniejszych skrupułów wywalić.

Wielu rzeczy spróbowałam, przeżyłam mnóstwo fuckupów, trudnych momentów, milion razy się poryczałam i myślałam, że już kurde chyba nie mogę.

Mam w sobie wewnętrzną gadzinę, która nie pozwala mi się poddawać. Której wola walki i próbowania codziennie od nowa jest chyba niewyczerpana. Ten jej ośli upór, chęć działania i próbowania, nawet mimo prawdopodobieństwa niepowodzenia, popycha mnie ciągle do przodu.

I tego Wam życzę w nowym roku. Żebyście działali.

Category
Uncategorized

You may also like

Previous Post

Skąd wiem, że to, co robię zawodowo, ma sens? Jak to zweryfikować?

Next Post

Jak zaplanować 2020 rok - wizja, temat przewodni, cele i procesy