Ania Ulanicka

Czym fotografuję i czy ma to jakiekolwiek znaczenie?

Czym fotografuję? Czego używam do portretów? Co wybrać, jeśli dopiero zaczynam fotografować? Co kupić, jeśli robię zdjęcia prywatnie? A co do sesji fashion? Po wielu, wielu pytaniach o sprzęt, jakim fotografuję postanowiłam w końcu podzielić się z Wami wiedzą i doświadczeniem, jakie w tym temacie zdobyłam.

Na początek jednak trochę o mojej filozofii i podejściu do sprzętu. 


Nigdy, przenigdy, nie miałam podejścia, które gloryfikuje sprzęt, jakim fotografuję. Opowiem Wam o tym, dlaczego. Kiedyś, za dzieciaka, miałam w domu jakieś proste kompakty na kliszę, które mama w podstawówce dawała mi na wycieczki. Przywoziłam do domu zdjęcia kościołów, żubrów i lasów, w zależności od tego, gdzie mnie poniosło. Zdarzało się, że klisza była źle założona i nie przywoziłam nic.

Pamiętam też stare zenity, którymi fotografował dziadek i tata. Nigdy zawodowo, totalnie dla pamiątki i pasji. Zdjęcia oglądałam później z namaszczeniem w starych albumach, siedząc w wielkiej pierzynie w pokoju dziadka. Czarno białe fotografie babci siedzącej elegancko na trawie, dziadka na motocyklu czy wujka na podwórku traktowałam wręcz jak świętość. Wiecie, jak to jest. Wydrukowana fotografia była jedna. Jeśli bym ją zgubiła czy zniszczyła, najprawdopodobniej nie dałoby się tego odzyskać.

Zdjęcia były w domu od zawsze

Dzięki nim wiem o tym, jak bardzo podobni jesteśmy do dziadków i o tym, że miłość do motocykli zakorzeniła się w mojej rodzinie już kilka pokoleń temu. Zdarza mi się słyszeć, że ktoś nie ma ani jednego zdjęcia z dzieciństwa. Jest to dla mnie zwyczajnie nie do wyobrażenia.

To, że mieliśmy w domu zdjęcia, było dla mnie najbardziej naturalną rzeczą na świecie. Dostawaliśmy od rodziców albumy, gromady świeżo wydrukowanych odbitek i pieczołowicie wypełnialiśmy nimi przezroczyste przegródki.

Mamy w domu szafkę, w której znajduje się chyba kilkanaście tych grubych albumów i pewnie tyle samo papierowych torebek z odbitkami. Ile godzin już spędziłam na ich przeglądaniu! Za każdym razem śmiałam się z naszych umorusanych dżemem twarzy, zdjęć z dziadkiem w wielkich okularach czytającym nam książki, opatulonych bałwanów bawiących się śniegiem czy wspólnych zdjęć rodziców w naszym wieku z jakichś wycieczek. Nic, dosłownie nic, nie wciąga mnie tak, jak oglądanie tych setek czy tysięcy zdjęć. Czasami za ciemnych, czasami za jasnych, tu coś jest poruszone, tu ktoś ma uciętą głowę, bo był za wysoki, tu przypadkowo włączyła się lampa.

Ale tak w ogóle – who cares?

Ani razu nie pomyślałam: „to zdjęcie byłoby lepsze, gdyby je wykadrować trochę bardziej w prawo”. Nigdy nie patrzyłam na zdjęcia przez pryzmat technicznych umiejętności czy modelu aparatu.

Czy dzisiaj zbyt wielką uwagę przykładamy do sprzętu?

Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach forma trochę przerasta treść. Jasne, daleka jestem od stwierdzenia, że zrobię dobre zdjęcia każdym sprzętem, jaki tylko nawinie mi się pod rękę, ale nie mam też w sobie sprzętowego geeka, który zna się na wszystkich parametrach. Wielokrotnie dostawałam pytanie, jakim aparatem czy obiektywem zrobiłam zdjęcie, jakby to był wyznacznik tego, jak dobrą fotografię można zrobić. Absolutnie się z tym nie zgadzam.

Po pierwsze, kiedy dowiedziałam się, że osoba, którą bardzo podziwiam jako fotografa fotografuje tym, co ja, bardzo spokorniałam i zwyczajnie wzięłam się do roboty. Po drugie, jedno z moich ulubionych (ŚLUBNYCH) zdjęć, które zostało docenione wielokrotnie, zrobiłam iPhonem 8. I jestem z niego dumna!

Opowiem Wam coś jeszcze. Historię może trochę zbyt sentymentalną, ale podsumowującą cały ten przydługi wstęp. Pokażę Wam totalnie nieostre, poruszone, zrobione na jakiejś turbo niefotogenicznej kanapie zdjęcie. Nie pamiętam absolutnie jakim sprzętem, może nawet telefonem. Jest to jedno z najcenniejszych dla mnie w tym momencie zdjęć.

Moje ostatnie zdjęcie z osobą, która odeszła zbyt szybko, choć w wieku godnym pozazdroszczenia. Która nauczyła mnie pisać, czytać, liczyć, wpoiła mi miłość do książek, rozwoju, nauki, fizyki i matematyki (historii niestety nie – jedyny przedmiot, z którego kiedykolwiek miałam dwóję), pierwsza posadziła mnie w lesie za kierownicą. I która kupiła mi pierwszy cyfrowy aparat. Ostatnie moje zdjęcie z dziadkiem, jedną z najważniejszych osób mojego życia, zrobione podczas ostatnich wspólnych Świąt. Mało jest zdjęć, które mają w tym momencie dla mnie aż taką wartość.

To jak, olać ten sprzęt?

Nie zrozumcie mnie źle. Nie uważam, że mamy teraz fotografować na łapu capu i byle jak, bo liczą się tylko zdjęcia, przy których zakręci nam się łezka. Mamy olać edytoriale, piękne, wymuskane sesje i sprzęty za kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Nie.

To wszystko jest tego warte. To wszystko jest po coś. Tylko według mnie musimy umieć rozróżnić bezsensowne wydawanie kasy z nadzieją, że to rozwiąże wszystkie nasze fotograficzne problemy, a wydawanie kasy na to, co faktycznie będzie nam służyć i kiedy będziemy wiedzieli, po co wydajemy na to pieniądze.


Ważne: Weźcie na samym początku pod uwagę fakt, że za upgradem mojego sprzętu szły też moje rosnące umiejętności. Nie oznacza to, że takim aparatem zrobicie dobre, a innym złe zdjęcie. Im byłam lepsza, tym lepszy kupowałam sprzęt. Nie na odwrót.


Od czego się to wszystko zaczęło?

Po aparatach na kliszę, które woziłam na wszystkie wycieczki, był pierwszy cyfrowy kompakt Nikona. Można powiedzieć, że był to jakiś mini punkt przełomowy, bo wtedy zaczynałam się bawić obróbką. Po raz pierwszy mogłam skopiować zdjęcia z karty na komputer. Oczywiście nie myślcie, że coś wielkiego wtedy powstało, wręcz przeciwnie. ;) Pstrykałam, co popadnie, bez większego pomyślunku, a zdjęcia obrabiałam tak intensywnie, że mało miały wspólnego z tym, co widziałam przez wizjer.


Pierwszy własny aparat!

Pierwszym aparatem, jaki sobie kupiłam, był kompakt sony za troszkę ponad tysiąc złotych, który koleżanka zgubiła mi na imprezie. Dla studenta – tragedia. #truestory

Pierwszy własny aparat po raz drugi!

SONY NEX – 5

Kolejnym był bezlusterkowiec SONY nex -5. Taki, bo na tyle starczyło mi kasy (kosztował chyba koło 1600 zł) i w sumie to nie za bardzo wiedziałam, czym mam się kierować, kupując sprzęt. Miał wymienną optykę, ale w tamtym momencie nie wiedziałam również, po cholerę mi jaki obiektyw i pewnie nie umiałabym go nawet wypiąć z body.

Miałam jednak szczęście, bo sprzęt sprawdził się znakomicie i służy do dziś.

Był to aparat, który miałam ze sobą wszędzie i fotografowałam nim wszystko. Od slajdów na studiach po wszelkie wyjazdy. Jego największymi zaletami był rozmiar i waga (zawsze miałam go w torebce i totalnie tego nie czułam) oraz niesamowita jakość zdjęć, która totalnie mi wystarczała. No i wytrzymałość – kupiłam go na początku studiów (jakieś 8-9 lat temu???), a nadal robi foty.

To na nim uczyłam się trybu manualnego, który miałam już obcykany, kiedy kilka lat później później kupiłam pierwszą lustrzankę. Zrobiłam też zdjęcia, które wygrały konkursy. Fotografowałam nim jakieś 4-5 lat.

To zdjęcie zrobiłam podczas wyjazdu to Stambułu. Rozczulił mnie ten chłopiec, nie zdążyłam oczywiście tego porządnie wykadrować. Zdjęcie wysłałam na konkurs i dostałam jakąś nagrodę. ;)

Ładne kolorki, ostry obraz, poręczność. Nie umiałam jeszcze za bardzo obrabiać zdjęć.

Ewelina robi tym aparatem zdjęcia do dziś:

View this post on Instagram

Dzień dobry! 🤓 – Wczoraj byłam GURU #lesswaste i #lessdo – miałam takiego lenia, że nawet światła w pokoju mi się nie chciało zapalić. Jak usiadłam po uczelni, tak siedziałam i siedziałam czekając na napływ energii. Po czwartej kawie poczułam kopa energetycznego, więc czym prędzej przeniosłam swój tyłek na łóżko i poszłam spać.🙊 Mam nadzieję że dzisiaj będzie lepiej i że zacznę w końcu kolejny tydzień motywowania Was do zmiany świata. 🤓 – W ogóle piszecie mi Wasze zmiany, które wprowadziliście po moich pogadankach. Aż za głowę się łapię! Nie dość że czuję się jak instagramerka, to jeszcze po cichu liczę ile reklamówek razem zaoszczędziliśmy! 🤯♻️ – Więc lećmy podbijać dalej świat! I trzymajcie kciuki, żeby kawa dzisiaj dała radę!🚀❤️

A post shared by Ewelina Ulanicka ♻️ (@ewelau) on

Moja opinia – bardzo polecam!

Bezlusterkowiec to według mnie sprzęt, który szczerze mogę polecić każdemu (i w sumie to polecam go najczęściej). Polecam go tym, którzy zaczynają przygodę z fotografią i nie wiedzą, jak wykorzystać tryb manualny czy wymienną optykę. Tym, którzy się przemieszczają, potrzebują mieć aparat w torebce oraz robić zdjęcia wszędzie i jak najczęściej. Jest mały, niewidoczny, dzięki czemu też fotografowani ludzie się rozluźniają. Nie widzą fotografa z wielkim aparaciuchem, który straszy wszystkich naokoło i nawet nie zauważają, kiedy powstają zdjęcia.

Coraz intensywniej myślę, by sprawić taki sobie. Brakuje mi aparatu, który mogłabym nosić ze sobą. Lustrzankę zostawiam w domu, szkoda mi pleców.


Pierwsza lustrzanka

NIKON D7100 z kitowym obiektywem (wtedy ok. 4000 zł) + obiektyw 50 mm f 1.8 (niecałe 1000 zł)

Moja pierwsza lustrzanka, z niepełną klatką i kitowym obiektywem, którą kupiłam sobie po przyjeździe do Warszawy (2015 r.). Umiałam już fotografować w trybie manualnym i wiedziałam też, że potrzebuję jasnego obiektywu, żeby robić bokeh. :) Kupiłam obiektyw do pełnej klatki mając niepełną klatkę, co strasznie zawężało mi kadry. Czasami fotografowałam też obiektywem kitowym, ale dość szybko (nawet z moimi średnimi wtedy umiejętnościami) zauważyłam, że jakość, jaką daje ten obiektyw, jest TAKA O.

Z dzisiejszej perspektywy trochę żałuję kupna tego zestawu. Wiadomo, wtedy, świeżo po studiach, z pierwszą pracą i wizją utrzymania się w Warszawie, mocno kierowałam się kosztami. Ważniejsze było dla mnie kupić cokolwiek niż nic.

Robiłam nim na przykład zdjęcia w Tajlandii. Wzięłam go ze sobą, bo mniej byłoby mi go szkoda, gdyby coś się z tym sprzętem stało.

Tutaj możecie zobaczyć więcej wpisów z tego wyjazdu: 10 rzeczy, które zrobiłam po raz pierwszy w życiu będąc w Tajlandii .

Moja opinia – średnio polecam

Mimo tego, że zrobiłam tym aparatem mnóstwo zdjęć i całkiem sporo zleceń, jest naprawdę ostry, fajny i wydajny, nie polecam tego zestawu. Jest dość drogi, ciężki, jak to lustrzanka, i w sumie to taki bezsensowny półśrodek. Lepiej kupić bezlusterkowca, który da podobną jakość, ale będzie bardziej poręczny lub, jeśli zajmujesz się fotografią zawodowo, kupić lustrzankę z pełną klatką. Ja zostawiłam sobie tę lustrzankę jako zapasowe body, aczkolwiek przymierzam się do zmiany.


Zestaw, którym fotografuję teraz najczęściej 

Pełna klatka Nikona (D850) + 50 mm f 1.4 + 35 mm f 1.8 + lampa błyskowa do reportaży z imprez.

(No i to już co najmniej kilkanaście tysięcy złotych z możliwością ciągłego rozszerzania pakietu w zależności od zasobów finansowych. ;))

Nie da się ukryć, ten sprzęt to już inwestycja. Gdybym sprzedała go razem z komputerami, mogłabym bardzo długo nie pracować. :D

Kupiłam go 1,5 roku temu, więc dość niedawno. Wiedziałam już, czego potrzebuję, dlaczego kupuję akurat to body i te obiektywy. Fotografowałam już bardzo intuicyjnie i wręcz bez jakiegokolwiek zastanowienia wiedziałam, w którym momencie nacisnąć spust migawki i jakie parametry ustawić. Aparat stał się przedłużeniem mojej ręki, a obiektyw oka. Nie chcę tu absolutnie powiedzieć, że byłam już alfą i omegą, bo ciągle mam mnóstwo rzeczy do zgłębienia, ale wiedziałam też, że moje umiejętności mogą podołać temu sprzętowi.

Moja opinia – absolutnie nie na co dzień

Jest to już ciężki, obciążający stawy i wszystko sprzęt. Używam go tylko do zdjęć komercyjnych. Zdarzało mi się zabierać go na wyjazdy, ale z ręką na sercu przyznam – wolałam fotografować telefonem. Żadna jakość nie wynagradzała mi ciężaru, jaki musiałabym ze sobą zabierać. Zanim rozłożyłabym aparat, podpięła obiektyw, już by mi się odechciało jakichkolwiek zdjęć.

Ten zestaw jest tym, czego używam w prawie stu procentach swoich zleceń (najczęściej z najbardziej standardowym obiektywem świata, czyli 50 mm). Lubię go za niezawodność, plastyczność obrazu, fajne, ostre zdjęcia (choć z Sigmą to nigdy nie wiadomo, czasami ostrzy gdzie chce. Ale jak już wyostrzy, to żyleta!).

Muszę też podkreślić, że nigdy nie testowałam lustrzanek innych marek niż Nikon. Nie czuję takiej potrzeby, jestem obeznana z tym systemem na tyle, że pracuję błyskawicznie. Jak coś – nie piszę o Nikonie dlatego, że jest najlepszy, tylko dlatego, że go używam.


Najczęściej używany przeze mnie aparat – iPhone 8 love forever and ever

Mam go zawsze przy sobie i używam do dosłownie każdego rodzaju fotografii. Robię nim codziennie kilkanaście do kilkudziesięciu zdjęć. Nie jest to nie wiadomo jaki model iPhona, ale dla mnie całkowicie wystarczający. Fotografuję nim ludzi, widoki, jedzenie, wyjścia, wrzucam z niego nieustannie zdjęcia na Instagram, czasami też na Facebooka i bloga. Robię proste portrety i backstage.

Wszystkie fotki zrobione były iPhonem – są naprawdę ok!

W zdecydowanej większości przypadków zdjęcia obrabiam w aplikacji VSCO cam, ewentualnie w Lightroomie na iPhonie, ale to naprawdę rzadko. Cenię sobie niezawodność, szybkość, prostotę, spontaniczność, niewidoczność. Wiem, że jakość zdjęć nie umywa się do tych z lustrzanki, ale sami wiecie. A, no i telefonem zrobicie zdjęcie wszędzie. Niestety miejsca publiczne (restauracje, kawiarnie, itd.) kręcą nosem na widok wyciągniętej lustrzanki, a telefonu nawet nie zauważają. Jest to bardziej przyjazny sprzęt, tak najzwyczajniej w świecie. Nie kojarzy się z profesjonalizmem, co często jest ogromnym plusem.

Przetestowałam aparaty w smartfonach kilku innych marek i choć miały nie wiadomo jak lepsze parametry, chyba do końca świata pozostanę wierna aparatom Apple. Zdjęcia z iPhona mają, idealne dla mnie, delikatnie bardziej żółte kolory, kontury nie są przerysowane i na maksa wyostrzone, a kontrast nie jest dziko podbity, jak to jest teraz w modzie. Jak dla mnie mają najprzyjemniejszy, najsubtelniejszy obraz. Nie wykluczam, że jest to też kwestia przyzwyczajenia. 


Kilka słów więcej 

Moja droga fotograficznego sprzętu była chyba dość standardowa – od małego kompaktu do już troszkę bardziej rozbudowanego zestawu.

Widzę teraz dość mocno, że na co dzień brakuje mi lekkiego sprzętu, który mogę ciągle zabierać ze sobą i nie będzie mnie obciążać. Kiedyś nie zwracałam na to uwagi, ale naprawdę nabawiłam się różnych kontuzji, więc miejcie to na uwadze.

Jeśli kupujecie sprzęt, róbcie to wtedy, kiedy naprawdę wiecie, do czego będzie Wam służył. Kiedy będziecie potrafili wskazać różnice między tym, czym w tym momencie fotografujecie, a tym, co chcecie kupić. Sprzęt foto jest drogi i naprawdę nie chciałabym, byście byli zawiedzeni tym, że wydaliście worek hajsu na coś, co się Wam zwyczajnie nie przyda.

Najważniejszy aparat to taki, który masz przy sobie.

Najważniejsza część aparatu to ta, która go trzyma.

Pamiętajcie o tym. :)


Ufff, mam nadzieję, że przebrnęliście przez ten tekst z ciekawością i udało mi się rozjaśnić kilka kwestii oraz przekazać trochę informacji na temat mojej filozofii. Jak widzicie, temat jest dość obszerny, więc na wszystkie (słownie: wszystkie) Wasze pytania, jakie zadaliście mi na stories, odpowiem w kolejnej części wpisu!


PS. Zdjęcie główne zrobiła mi Magda podczas sesji sukien ślubnych Ewy Bartnickiej. Bardzo dziękuję! 

Category
Fotografia

You may also like

Previous Post

#springinspiration - kwiecień - książki, podcasty, blogi, rozmowy, dodatki!

Next Post

Czym fotografuję - odpowiedzi na Wasze pytania o sprzęt fotograficzny