Dlaczego w ogóle bloguję?

Follow my blog with Bloglovin

Ten blog powstał ponad miesiąc temu. A dokładnie – 16. czerwca, kiedy adres ANIAULANICKA.pl ujrzał światło dzienne i zaczął działać. Jeśli chodzi o genezę, to chęć blogowania kwitła już u mnie kilka lat. Od blogspota, przez tumblr, wordpress.com, aż do teraz. Co popycha mnie do tego, aby codziennie wstawać tą godzinę wcześniej i poświęcać ją na bloga, a po pracy pędzić prosto do laptopa i znowu poświęcać czas tej samej rzeczy?

Jest kilka powodów, dlaczego to robię i co dokładnie daje mi tyle radości.

Mogę robić zdjęcia.

Wszystkie blogi powstawały po to, abym miała gdzie wrzucać swoje fotki, które są moją miłością, radością i przyjemnością. Ja to fotki, fotki to ja, oddaję im serce, duszę, swój czas, sen i pieniądze (nie da się ukryć, że miłość to dość kosztowna). Nie umiem żyć bez zdjęć, choćbym robiła ich niedużo. Muszę. Chociaż jedno malutkie zdjątko codziennie. Przeważnie przeradza się to w taką sesję, że spóźniam się na tramwaj. Próbowałam blogów, gdzie wrzucałam tylko zdjęcia, ale moje słowa czasami wylewają się same, dlatego bloguję też, bo

uwielbiam pisać!

A przez długi czas nie zdawałam sobie z tego sprawy. Nie pisz do mnie wiadomości, jeśli nie chcesz wywodu na 10 minut czytania. Nie umiem odpowiedzieć krótko. Moje smsy są najdłuższe ze wszystkich na świecie (ile to razy konwertowało mi na mms przez długość!). Jeśli zastanowię się bardziej – to zawsze miałam jakieś notesiki, pamiętniczki, zeszyciki, w których ciągle coś pisałam. Nawet praca magisterska po prostu się napisała (!). Lubię pisać i nie mam z tym najmniejszego problemu.

Patrzę z perspektywy

na wszystko, co robię. Nigdy wcześniej nie widziałam swojej twórczości tak dobrze, jak po publikowaniu jej w jednym miejscu. Lepiej zobaczyłam swój styl, progres, kierunek, w którym idę. Publikowanie treści w jednym miejscu pozwala na porządkowanie jej i weryfikowanie, czy jest to na pewno kierunek, w który chcę brnąć i czy wszystko w jakiś sposób tworzy spójną całość.

Blog uczy konsekwencji.

Motywują mnie tabelki. Kiedy się do czegoś zabieram, tworzę plany. Jeśli chodzi o bloga – planuję go z miesięcznym wyprzedzeniem. Planuję tematy postów oraz daty ich publikacji, a nic nie motywuje mnie tak, jak widok tygodnia z kilkoma postami do napisania. Skoro sobie tak postanowiłam, to tak zrobię. Może będę musiała zrezygnować ze spotkania, posiedzieć trochę dłużej wieczorem, ale zrobię to, co zaplanowałam. Dzięki temu traktuję to poważnie i dostaję konkretną lekcję systematyczności i konsekwencji.

Wychodzę poza swoją strefę komfortu.

I to jest super ważne! Zdarzyło mi się już zabierać do zaplanowanego tematu z każdej strony, no i jakoś po prostu nie szło. Ile razy miałam ochotę pospać dłużej albo, cofając się do początków, odkładać pierwszego posta w nieskończoność. Uczę się pisać na różne tematy. Robić zdjęcia, które zaplanowałam, a które niekoniecznie do mnie dzisiaj trafiają. Obsługiwać wordpressa! Publikować treści na wielu kanałach (oho, social media wcale nie takie łatwe), planować i konsekwentnie się tego trzymać. Szukać wszędzie inspiracji do zdjęć i tematów. Nie czekam na wenę. Siadam i ją robię. A nic nie motywuje bardziej do dalszego działania, jak pierwszy wykonany krok.

Spodziewałam się chyba wcześniej, że na to miejsce w sieci poświęcę pół godziny czy godzinę dziennie. Wyszło na to, że poświęcam mu kilkakrotnie więcej. Zdecydowanie nie wolałabym przeznaczyć tego czasu na coś innego.

Czy mądre byłoby porzucenie czegoś, co pozwala mi spełniać wszystkie moje pasje za jednym razem???