Ania Ulanicka

Jak robić selekcję zdjęć (szybko i sensownie)? Mój workflow

Przychodzisz na sesję, wyciągasz aparat z plecaka, ustawiasz się, sprawdzasz światło, kadry i pstrykasz. Niby miałeś w głowie wizję, miałeś zrobić kilka konkretnych ujęć, a po sesji okazuje się, że jak zwykle tych zdjęć jest DUŻO ZA DUŻO. Nie wiem, czy u Ciebie jest podobnie, ale ja tak mam. Chętnie usiadłabym od razu do komputera, by zacząć je obrabiać, ale muszę przebrnąć przez trudny (ale jakże ważny!) etap, czyli selekcję. Można dyskutować o tym, czy jest fajna, czy nie, ale według mnie jest najważniejsza. To, jakie zdjęcia podajemy dalej, świadczy o nas i naszej pracy. Jak zrobić selekcję zdjęć, by poszła sprawnie, ale była sensowna?

Po co selekcjonujemy zdjęcia? 

Przed rozpoczęciem selekcji ważne jest zadanie sobie kluczowego pytania: po co w ogóle robimy selekcję zdjęć? Jaki mamy w tym cel? Jaki chcemy tym osiągnąć efekt? Jeśli nie odpowiemy sobie, po co właściwie to robimy, to bardzo możliwe, że będziemy błądzić we mgle.

Robimy selekcję zdjęć, by klient otrzymał z sesji to, co najlepsze. 

Klient płaci nam za konkretny efekt. Przychodzi do nas, do fotografów, zrobić zdjęcia i co oczywiste chce, by były one ładne. I żeby nie było ich strasznie dużo, bo kto ma czas oglądać tysiąc zdjęć z sesji rodzinnej. 

Zanim zrobimy na sesji te najbardziej udane ujęcia, musimy przetestować światło, pozy, kadrowanie. Musimy zrobić ileś zdjęć tylko po to, by rozluźnić osobę, której robimy zdjęcia, by wyłapać jej pozy, mimikę, przekonać się, jak światło / osoba / miejsce grają w tym właśnie momencie. Może to zająć więcej czasu, mniej, ale zrobienie pewnej ilości zdjęć, których nikomu nie pokażemy, jest etapem nie do pominięcia. Z mojego doświadczenia wynika, że najlepsze zdjęcia i tak wychodzą w drugiej połowie sesji. ;) 

Klient nam, jak profesjonalistom, płaci za to, by otrzymał fajnie wyselekcjonowany i najładniejszy materiał z naszego spotkania. Taki, który się mu spodoba i na którym będzie siebie lubił.

Idąc dalej – robimy selekcję zdjęć również po to, by pozostawić zdjęcia, które nam nie zrobią przypału

Czyli znowu – muszą być ładne. Zastanów się, co będzie, kiedy jakieś nieudane zdjęcie zobaczy ktoś, kto totalnie nie zna Twojej twórczości, a Ty nie będziesz miał okazji wytłumaczyć, że to przecież jedno zdjęcie z tysiąca? Co o nim pomyśli? Jakie wnioski może wyciągnąć na temat Ciebie i Twojego fotografowania? Nie namawiam teraz do tego, by się jakoś strasznie spinać podczas selekcji zdjęć.

Wychodzę jednak z założenia, że lepiej oddać trochę mniej zdjęć, a dobrych, niż mnóstwo, w których sporą część będą stanowić te nieudane.


Jak ja robię selekcję zdjęć? 

→ Kopiuję zdjęcia na dyski od razu po powrocie z sesji i importuję zdjęcia do biblioteki w Lightroomie

Pilnuję, by robić to najszybciej, jak mogę. Kopiuję zdjęcia z kart od razu po sesji, nie czekam na to, aż karty zapełnią się do końca. Pilnuję, by zrobić co najmniej dwie kopie zdjęć. Później importuję zdjęcia do Lightrooma, przeglądam folder i sprawdzam, czy nic się po drodze nie zapodziało.

→ W bibliotece w Lightroomie włączam widok siatki zdjęć.

Pierwszą selekcję robię w widoku siatki, nie oglądam zdjęć jednego po drugim. Dzięki temu mam szerszą perspektywę, widzę, ile mniej więcej podobnych do siebie zdjęć zrobiłam na sesji. Wybrane ujęcia zaznaczam flagą.

→ Nie wybieram każdego dobrego zdjęcia.

Wybieram po jednym dobrym zdjęciu z podobnych ujęć. Nie chodzi o to, by zarzucić klienta masą dobrych, ale podobnych do siebie zdjęć, a oddać materiał, który przy jak najmniejszej ilości zdjęć pokaże jak największą różnorodność sesji. 

Czy to oznacza, że nigdy nie oddaję podobnych do siebie ujęć?

Mam od tej zasady wyjątki. Czasami na przykład podczas sesji plenerowej robię podobne ujęcia, które mocno różnią się od siebie mimiką twarzy. Na kilku para romantycznie się przytula, na kilku się uśmiecha, a na jakimś jeszcze mocno śmieje. W takim wypadku prawdopodobnie oddam kilka podobnych do siebie zdjęć, by pokazać parę w różnych odsłonach.

W reportażu ze ślubu Asi i Wojtka, który wczoraj opublikowałam w portfolio, możecie zobaczyć sporo z pozoru podobnych do siebie ujęć. Tylko z pozoru, bo ile emocji na nich widać, jest czymś wspaniałym!

→ Selekcjonuję zdjęcia przy jakimś fajnym podcaście, żeby umilić sobie proces. :)

Nie da się ukryć, że jest to momentami okrutnie żmudne zajęcie. Pewnie obedrę fotografię z jakiejś wielkiej otaczającej ją magii, tęczy i jednorożców, ale co poradzić, że nudzą mnie powtarzalne zadania. Tym bardziej wtedy, kiedy przynoszę z reportażu kilka tysięcy zdjęć, a mam do oddania kilkaset. Chcę to zrobić jak najszybciej i nie umrzeć w trakcie, by móc przejść do swojego ukochanego etapu, czyli obróbki. Dlatego tak bardzo zwracam uwagę na to, by usprawnić ten proces i nie mam skrupułów podczas odrzucania nieudanych zdjęć.

→ Włączając w bibliotece Lightrooma filtr „flagged” sprawdzam, ile zdjęć wybrałam.

Jeśli jest tego nadal za dużo (a najczęściej jest), wtedy robię ponowną selekcję zdjęć. Jeśli potrzebuję odetchnąć, siadam do tego następnego czy po kilku dniach. Tym razem przeglądam zdjęcia już nie w siatce, a jedno po drugim i szukam niuansów, które mogą zaważyć o tym, czy fota zostaje, czy się jej pozbywamy bez najmniejszych wyrzutów sumienia. 


Zasady, które ułatwiają mi selekcję zdjęć 

→ Stawiam sobie ograniczenia i challenge

Nie ma u mnie czegoś takiego jak „nie umiem wybrać”. Oczywiście, zdarza się, i to dość często, że z sesji / ślubu oddaję więcej zdjęć niż obiecałam, ale zwykle wynika to z faktu, że działo się bardzo dużo i warto pokazać to na dodatkowych ujęciach. Nie ograniczam ilości zdjęć na siłę. Nie chcę zanudzać klientów mnogością podobnych ujęć, ale jeśli są różnorodne, oddaję ich więcej. Jest to decyzja przemyślana.

Podczas selekcji czasami mówię do siebie: mam tutaj 20 zdjęć. Gdybym miała tylko trzy ramki, które bym do nich włożyła? W taki sposób zadane pytanie świetnie działa na moją wyobraźnię i jakoś łatwiej jest mi podjąć decyzję.

→ Jeśli mam dwa podobne zdjęcia, wybieram obojętnie które. Nikt nie zauważy różnicy. 

Usuwam wszystkie nieostre, nietrafione ujęcia oraz tak krzywe, że nie da się ich już wyprostować. Usuwam też takie, na których ludzie mają bardzo niekorzystne miny i pozy, na których widać tylko plecy i inne podobne, które nic nie wnoszą do reportażu.

Jeśli jednak są nieostre / poruszone / zbyt ciemne / czy mają inne techniczne wady, a przedstawiają super uchwycony moment, zostawiam! Dla mnie zdjęcie jest nośnikiem emocji / wspomnień, a później dopiero przedmiotem w konkursie na najpoprawniejsze technicznie zdjęcie świata.

Zobaczcie wpis, w którym odpowiadam, co jest dla mnie najważniejsze: ostrość, kadr czy moment?

→ Ciągle pytam: czy klient będzie zadowolony ze zdjęcia? Czy ja pochwalę się nim ulubionemu fotografowi? 

Przez cały proces selekcji mam w głowie te dwa pytania. Nieustannie wracam myślami do powodu, dla którego robię selekcję zdjęć. Klientowi zdjęcia mają się podobać, a mnie mają fajnie reprezentować.

Dlatego też nie uginam się swojej zasadzie, która mówi, że nie pokazuję nikomu nieudanych ujęć. Nikomu jeszcze nie oddałam wszystkich zdjęć z sesji i nigdy tego nie zrobię. 

Category
Uncategorized

You may also like

Previous Post

Podsumowanie września i plany na październik: śluby, lookbooki i kolejna przeprowadzka!

Next Post

15 pytań, które warto sobie zadać przed końcem roku dla satysfakcji z pracy, biznesu, życia i relacji