Ania Ulanicka

Jak straciłam zapał do pracy osiągając swoje cele i jak odnajdę go w majówkę

Kiedy pomyślę o początkach swojej działalności, była to wręcz nieustanna walka. Byłam bardzo raczkująca i o każde zlecenie musiałam się niesamowicie postarać. Początki mojego biznesu, a i pewnie nie tylko mojego, mogłabym określić jednym słowem: hustle. Nie miałam jednak z tą gonitwą większego problemu, bo kurczące się oszczędności były naprawdę mega mobilizujące, a sukcesy napawające dumą. Miałam całkowitą świadomość, że od wytężonych starań i pracy zależy moje być albo nie być.


Moimi celami było podpisanie kilku umów na reportaże ślubne czy zrobienie kilku sesji, bym mogła ze spokojną głową opłacić ZUS czy mieszkanie. Trzymałam rękę na pulsie swoich finansów i ostrożnie planowałam każdy wydatek. Patrząc z tej perspektywy, może się to wydawać dość abstrakcyjne.

Ale kiedy w ostatnim czasie poczułam, że wszystko zaczyna mi fajnie wychodzić, straciłam zapał.

Mam naprawdę fajnych klientów, którzy w zdecydowanej większości odnajdują mnie i przychodzą sami. Nierzadko podskakuję z zaskoczenia na krześle, kiedy widzę, kto jest nadawcą maila. Realizacje meeega mnie satysfakcjonują i jestem z nich dumna jak nie wiem co!

Ale zamiast motywacji i większego powera, odczułam ostatnio rozleniwienie. Tak jakby zrobiło mi się troszkę zbyt wygodnie.

Z pierwszym takim sukcesowym wypaleniem zetknęłam się w połowie ubiegłego roku. Zrobiłam podsumowanie pierwszego półrocza. Porównałam sesje, zdjęcia, realizacje i zarobki z tymi z wcześniejszego (pierwszego na swoim) roku i poczułam ogromną dumę. Byłam z siebie niesamowicie zadowolona, że zrobiłam tak duży postęp, a swoje cele osiągnąłem nawet z nawiązką.

Z tego zachwytu i radości klepnęłam na krzesło i tak klapnięta pracowałam kolejnych kilka tygodni.

Do momentu, kiedy mój chłopak zapakował mnie w pociąg do Gdańska, a później w samolot do Portugalii. Zrobiłam sobie totalny reset na urlopie, zatęskniłam za pracą i postawiłam ponownie cele, które znowu zaczęły mnie motywować.

Co ciekawe – między momentem, kiedy osiadłam, a kiedy znowu wróciła ta moja iskra, minęło dość dużo czasu. Wróciłam do siebie dopiero wtedy, kiedy na ten tydzień czy dwa oderwałam się od pracy. Dopiero wtedy! Do momentu, kiedy nie dałam sobie odpocząć po zamknięciu dużego etapu, pracowałam na pół gwizdka.

Tamten moment uświadomił mi, jak ważne jest szczere planowanie odpoczynku po okresach intensywnej pracy, zakończeniu jakiegoś projektu czy, tak jak w moim przypadku, po zakończeniu kwartału (planuję w okresach 12 – tygodniowych). 

Niedawno zrobiłam podsumowanie pierwszego kwartału 2019 r. To, co zrobiłam, co sfotografowałam, jak i z kim – totalnie mnie zachwyciło! Osiągnęłam cele, które planowałam dosyć na wyrost. Znowu poczułam dumę i radość z tego, że tak fajnie mi to idzie. I znowu osiadłam. Znowu, po raz kolejny poczułam, że to, co sobie planuję, jest zbyt małym dla mnie wyzwaniem. Wiecie, o co mi chodzi?

Może trochę się już zmęczyłam, bo jednak pierwsze miesiące tego roku były zdecydowanie bardziej pracowite niż myślałam, że będą. Może zwyczajnie potrzebuję odetchnąć, ale nie weekend, tylko tydzień. Może potrzebuję zrobić coś innego niż robiłam do tej pory. Może potrzebuję zrobić portrety telefonem, żeby się więcej nagimnastykować. Może potrzebuję gdzieś wyjechać albo wyskoczyć na warsztaty. A może zorganizowanie własnych, co jest dla mnie jedną z bardziej stresujących rzeczy będzie dla mnie wyzwaniem na tyle, że odzyskam znowu swojego powera.

Kiedy piszę ten artykuł, przypomina mi się historia Michała Szafrańskiego i jego doła po sukcesie książki „Finansowy Ninja”. Zdaję sobie sprawę, że to totalnie nie ta skala, ale jeśli jesteście zainteresowani, przesłuchajcie ten odcinek podcastu!  

Nie chciałabym, by to zabrzmiało w jakiś sposób niewdzięcznie. Zależy mi, byście mieli świadomość, że każdemu zdarza się osiąść. Nie chcieć. Każdy weekend może stać się za krótki, a poniedziałek zbyt brutalny.

Można, TAK, MOŻNA, lubić swoją pracę najbardziej na świecie i się nią zmęczyć!!!

Tak, w dobie pasjobiznesów i w kółko powtarzanych zdań, że kiedy kochasz swoją pracę, nie przepracujesz ani jednego dnia, z czym się absolutnie nie zgadzam, możesz tak po prostu potrzebować odpocząć i olać swoją pracę! Ba, myślę, że praca, z którą się totalnie utożsamiasz i której mocniej poświęcasz, męczy bardziej, a wypalenie przychodzi szybciej. Rzucamy się w wir pracy i zapominamy, że KAŻDA. PRACA. TO. PRACA. Od której trzeba odetchnąć i odpocząć. Ja planuję odpoczywać przez całą majówkę. 


Jakie mam w takim razie plany na majówkę?

Przede wszystkim chcę spędzić więcej czasu offline niż spędzam go na co dzień.

Wszystkie powiadomienia w telefonie i tak mam już wyłączone, a między 21:00 a 9:00 ustawiony mam czas bez ekranu. Oznacza to tyle, że jeśli w tych godzinach chcę otworzyć jakąkolwiek z zablokowanych aplikacji, muszę wpisać specjalny kod. Nie jest to nic skomplikowanego, ale wystarcza, bym zastanowiła się chwilę nad tym, czy na pewno znowu chcę scrollować internety.

Chcę dać sobie więcej przestrzeni w głowie, szczególnie rano!

Na pewno się wyśpię i na pewno też zacznę dni od krótkich ćwiczeń, dziesięciu minut z Calm, lekkiego śniadania i siłowni. Lubię ten sposób zaczynania dnia, ale nawet nie wiecie, jak czasami szkoda mi czasu rano na trening! Jest to coś, na temat czego ciągle mam w głowie jakieś negocjacje. Niby trening rano jest dobry, ale może lepiej od razu zacząć pracę? ;)

Odpocznę fizycznie, czyli stawiam na ruch, świeże powietrze i dobre jedzenie.

Połączenie czasu offline z dobrym jedzeniem, treningami i spacerami to przecież połączenie idealne! Cieszę się, bo od pewnego czasu, po tym jak miałam ogromny wstręt do siłownianych treningów, udało mi się wrócić do strefy wolnych ciężarów i kettli. Chciałabym zrobić w tym tygodniu więcej treningów niż zwykle, choć wiecie, bez spiny! 

Przeczytam książkę w parku.

Kupię pięknie pachnący naturalny kosmetyk i zamknę się w łazience. Kupię croissanta do kawy. Zjem śniadanie w ulubionym miejscu. Zrobię tych kilka rzeczy, na które czas znajduję tylko w weekend. A może nie zrobię wszystkich, bo nie będzie mi się chciało.

Będę pisała o tym, co mi przychodzi do głowy, w notesie.

Mam ostatnio sporo obaw, ale też pomysłów na swój biznes. Nie chcę planować teraz nie wiadomo czego, ale wiem, że kiedy dam sobie czas i przestrzeń, na pewno przyjdą mi do głowy fajne rzeczy. Zapiszę je, a później przejrzę.


Nie będę wykorzystywać tych kilku dni do tego, by nadrabiać biznesy, kminić strategie i nadganiać tempo. W tym momencie wizja ulubionej kawiarni, książki i może napisanego na świeżym powietrzu wpisu wydaje mi się dużo bardziej interesująca i potrzebna!

Jakie Wy macie plany na kolejne dni? Dopada Was czasami taki zjazd, choć wydawałoby się, że nie powinien? Dajcie znać! 

You may also like

Previous Post

Czym fotografuję - odpowiedzi na Wasze pytania o sprzęt fotograficzny

Next Post

Podsumowanie kwietnia i blogowo - biznesowe plany na maj