Ania Ulanicka

Fotografia, blog, media społecznościowe, pasje i życie prywatne – jak znaleźć czas na wiele projektów?

Fotografuję, bloguję, publikuję to, co tworzę, w mediach społecznościowych, nagrywam stories, trenuję, spaceruję, czytam kilka książek w miesiącu, chodzę z siostrą na kawę i z chłopakiem na randki, oglądam Netflixa i zabieram samą siebie na lunche, gotuję, piekę, medytuję, znajduję czas dla przyjaciół, wystawy i leżenie do góry brzuchem.

Jest to całkiem spora liczba różnych obowiązków, ale to nie jest tak, że zaginam czasoprzestrzeń i jakimś cudem moja doba ma więcej godzin. Zdarza mi się marzyć, by mieć do dyspozycji trochę więcej czasu, ale raczej zmierzam w stronę usuwania niesatysfakcjonujących mnie rzeczy niż dodawania kolejnych. Zamiast dorzucać i komplikować, usuwam i upraszczam.

Jak więc znaleźć czas na wiele projektów? Mam kilka zasad, które mi to ułatwiają.


Stawiam priorytety i cele absolutnie minimalne

Nie zaczynam tygodnia bez postawienia sobie celów. Wybieram rzeczy, które absolutnie muszą być zrobione i jeśli ich nie zrobię, ktoś urwie mi głowę. Od razu wpisuję je do kalendarza. Dopiero po ich zrobieniu zabieram się za kolejne zadania.

Tak samo treningi – planuję sobie maksymalnie dwa, trzy treningi i jeśli to wykonam, zaliczam sobie tydzień (ostatnio nawet tyle nie udaje mi się zrobić, ale o tym w ostatnim punkcie). Planuję jeden wpis na blogu. Pięć minut medytacji. Trzy zdrowe posiłki na wszystkie cztery czy pięć. Kilkanaście minut książki. Planuję rzeczy, które wiem na pewno, że jestem w stanie wykonać i dzięki którym ważne cele co tydzień popycham do przodu. 

Odpuszczam. Naprawdę nie robię na 100% wszystkiego

Robię tak, abym była zadowolona. Nie do każdego wpisu mogę zrobić nowe zdjęcia, nie zawsze mogę zrobić 10 tysięcy kroków, nie codziennie mam czas zjeść mega zdrowy obiad. Jeśli mam do pokazania coś ciekawego, nie czekam na moment, aż będę mogła to dopieścić na tysiąc procent, tylko publikuję od razu.

Kiedyś miałam coś takiego z instagramem – nie publikowałam zdjęć, dopóki nie zorganizowałam sobie czasu na zrobienie ich lustrzanką, skopiowanie na komputer, obrobienie, przesłanie… Koniec końców wychodziło na to, że mój instagram świecił pustkami. Dzisiaj robię spontaniczne zdjęcia telefonem, a jeśli mam coś do nagrania na stories, nagrywam i wrzucam spontanicznie. Nie na każdym stories muszę wyglądać jak milion dolarów. :D 

Zobacz wpis:  Jak się przełamać do mówienia na instagramowych stories?

Wykorzystuję międzyczasy

Przez wiele lat wychodziłam z założenia, że jeśli pracować, to tylko wtedy, kiedy spokojnie mogę usiąść przy biurku, mam przed sobą cały dzień wolny, pyszną kawkę, fajną muzyczkę, a dookoła aurę spokoju i skupienia. Nie doceniałam krótkich chwil w oczekiwaniu na jakieś spotkanie albo godzinnej podróży pociągiem. Myślałam, że pracować mogę tylko wtedy, kiedy mam pełne osiem godzin do wykorzystania.

Teraz – piszę wpisy, kiedy mam wolny kwadrans. Wiem, że nawet napisanie kilku punktów na temat tego, co chciałabym zawrzeć we wpisie w zwykłej notatce w telefonie jest czymś, co już mogę odhaczyć na swojej liście to-do. Jasne, będzie on do poprawienia, ale mam już na czym rzeźbić.

Zdjęcia selekcjonuję na laptopie w drodze powrotnej z wyjazdowej sesji, a książki czytam, kiedy jadę kilkanaście minut tramwajem. Cztery takie kilkunastominutowe okresy w ciągu dnia to przecież już godzina!

Codziennie zaglądam do planera i odnawiam swoje cele

Zdarza mi się zwyczajnie zapominać o celach i planach, jakie sobie na dany tydzień stawiam i to normalne. Zauważyłam, że kiedy olewam swój planer, moja praca idzie w zupełnie inną stronę, niż przewidywałam i zakładałam to w niedzielę. Przy dość dużej liczbie i różnorodności nie jest wcale trudno o czymś zapomnieć, dlatego zaczynanie dnia od zerknięcia w kalendarz to dla mnie świętość.

Stawiam granice – jak pracuję, to pracuję, jak odpoczywam, to odpoczywam

Niestety nie do końca jeszcze potrafię totalnie odciąć się od internetu, kiedy pracuję. Nieustannie sprawdzam media społecznościowe, ale mam też bardzo mocne postanowienie pracy nad tym.

Absolutnie jednak nie pracuję w weekendy i wtedy olewam dosłownie wszystko: internety, maile, wiadomości. Robię wyjątki, jeśli jest to coś naprawdę turbo ważnego, ale wtedy odbijam sobie ten czas w tygodniu. Po prostu jak pracuję, to jak burza, a jak odpoczywam, to nic mnie już poza tym nie obchodzi. Totalny reset.

Piątki przeznaczam na pracę nad swoimi projektami

Czasami sesje zdjęciowe pochłaniają mnie tak, że mam czas tylko na robienie zdjęć, ich obróbkę, odpowiadanie na maile i wysyłanie ofert. Strasznie mi przeszkadzało, że nie mam czasu na tworzenie publikacji, planowanie contentu na media społecznościowe, myślenie nad ofertami, strategią, podsumowania.

Kilka razy zetknęłam się z konceptem pracy własnej w piątki i postanowiłam dać temu szansę. Sprawdza się to wyśmienicie. Dzięki temu mam 4 dni na robienie sesji zdjęciowych i wszystkie inne zadania, a w piątki nadrabiam to, czego nie udało mi się zrobić i przemyśleć w ciągu tygodnia.

Nie obwiniam się i nie biczuję, kiedy mi coś nie wyjdzie

W lutym zdarzyło się tak, że przez tydzień byłam dosłownie na oparach swojej energii, tej fizycznej jak i psychicznej. Nie chciało mi się nic, nie miałąm siły, nie miałam nastroju. I tak, wiem, jak się ma coś do zrobienia, to się robi, ale czasami się nie da.

Wiem jednak, że widocznie takiego luźniejszego tygodnia potrzebowałam. Nic nie dałoby mi to, że byłabym na siebie za to wściekła. Przerzuciłam najważniejsze rzeczy na kolejny tydzień i jakoś nie zauważyłam, by świat się zawalił. Wręcz przeciwnie, ja odzyskałam energię i spokój.


Można powiedzieć, że moje podejście ogranicza się do bycia szczerą ze sobą. Skupianiu się na tym, co naprawdę CHCĘ robić, rzetelnej pracy oraz bycia dla siebie łagodną.

Category
Produktywność

You may also like

Previous Post

Rycerze, psy ganiające koty, Hermiona i żonglowanie, czyli blogowanie w rozmowie z Marcinem #2