Ania Ulanicka

Jak zostałam fotografem? O drodze od lekcji rysunku do własnego biznesu

Jeśli myślisz, że biznesy powstają z dnia na dzień wśród tęcz i jednorożców, a fajne rzeczy dzieją się szybko, to niestety muszę Cię rozczarować. Teraz czuję się dobrze z tym, w jakim miejscu się znajduję i jestem zadowolona ze swojego biznesu. Mimo tego ostatnie, co mogę o nim powiedzieć to to, że powstawał łatwo i przyjemnie.

Pewnie domyślasz się już, że musiało to być (i nadal jest!) sporym wyzwaniem. Poszukiwanie mojego miejsca na rynku, a później jego budowanie było okupione nie tylko długimi godzinami spędzonymi przed komputerem, ale również potem, stresem i łzami.

Kiedy myślę o pierwszych miesiącach swojej działalności mam wrażenie, że siedziałam zaryczana przed komputerem co drugi dzień. Byłam totalnym żółtodziobem, jeśli chodzi o prowadzenie biznesu, sprzedaż czy kwestie księgowe. Momentami było naprawdę ciężko i zastanawiałam się, czy dobrze zrobiłam, że w ogóle zdecydowałam się na taką drogę. Z dzisiejszej perspektywy wiem, że tak. Ale wtedy nie byłam tego wcale taka pewna.

I nie mówię Ci o tym dlatego, byś uroniła łezkę współczucia myśląc o biednej Ani sprzed kilku lat. Mówię to po to, byś uświadomiła sobie, że takie poszukiwania to proces.

Który nie zaczął się w momencie, kiedy złożyłam podpis na wniosku o założenie własnej działalności gospodarczej, ale wiele, wiele lat wcześniej.

Jesteś ciekawa, co sprawiło, że zajęłam się właśnie fotografią i skąd wiedziałam, że to jest właśnie to (i czy w tym momencie nadal jestem tego pewna)? Jak studia architektoniczne wpłynęły na mój biznes i dlaczego napisałam e-booka o zdjęciach na Instagramie? Jeśli tak, to zapraszam Cię serdecznie do lektury tego wpisu. Nie będzie on najkrótszy. Ale sama zobaczysz, jak dużo różnych wydarzeń może mieć wpływ na, wydawałoby się proste, decyzje zawodowe. Obiecuję Ciebie nie zanudzić.

Dlaczego w ogóle zostałam architektem?

Szczerze mówiąc to kiedy słyszę, że ktoś nie może się na nic zdecydować w życiu, bo za dużo rzeczy go interesuje, mam ochotę przyklasnąć i powiedzieć ZNAM TO!

Zastanawiałam się w swoim życiu nad wszystkim. Pójściem na kolejny stopień szkoły muzycznej w klasie fortepianu albo na wokal. Chciałam być lekarzem i nawet złożyłam w liceum papiery do klasy o profilu medycznym (thanks God nie był to mój pierwszy wybór). Myślałam też o tym, by uczyć angielskiego, zostać fizykiem albo nauczycielką matmy (to ostatnie to konsekwentnie wpajane mi dziadkowe życzenie). I serio, to wszystko były naprawdę poważne rozważania!

Oczywiście w tamtym momencie nie mogłam marzyć o tym, by publikować foteczki na Instagramie i zarabiać tam hajsik. Ale jak dowiedziałam się, że architektura to taki fajny, różnorodny, ścisło – artystyczny kierunek, to pomyślałam, TAK. To jest na pewno to.

Myślisz, że to coś złego, że masz wiele zainteresowań?

Więc sama widzisz. Nigdy nie było tak, że wiedziałam, co chcę robić, bo i 10 lat temu wybierając kierunek studiów nie mogłam wpaść na pomysł, że zechcę kiedyś robić zdjęcia fajnym markom czy pisać e-booki o zdjęciach na Instagramie. Podjęłam decyzję dość impulsywnie. Z czasem coraz bardziej utwierdzałam się w jej słuszności czytając kolejne artykuły o prestiżu i różnorodności w wykonywaniu zawodu architekta. A że przyjęcie na architekturę wiązało się z obowiązkowym egzaminem z rysunku, grzecznie kilka razy w tygodniu na niego chodziłam.

Nie lubiłam tego jak cholera, ale pomyślałam, że dyscyplina ćwiczy charakter. Dlatego z miną cierpiętnika rysowałam kolejne domki.

Nie miałam problemu, by się na studia dostać i też dość łatwo zaliczałam semestr za semestrem. Wpadłam w sidła niezwykle interesującej estetyki, historii architektury i historii sztuki (co nie było tak oczywiste zważając na to, jacy prowadzący mieli okazję tego nauczać) oraz ścisłych konstrukcji, mechaniki, budownictwa czy fizyki budowli. Dodajmy do tego ergonomię i rozmowy o projektowaniu budynków mieszkalnych (co do tej pory jest moją zajawką) oraz tworzenie wizualizacji i jestem już w swoim ścisło – kreatywnym raju.

Ze względu na różnorodność moich zainteresowań i brak umiejętności zdecydowania się na konkretny kierunek, te studia były dla mnie idealne.

Ubolewałam trochę nad tym, że matematyki i fizyki mogłoby być więcej, ale powiedzmy, że rekompensowałam to sobie niezwykle precyzyjną geometrią wykreślną.

Naprawdę odnajdywałam się w tym kierunku. Uwielbiałam projektować architekturę mieszkalną, wyjechałam nawet na Erasmusa do Danii, by tam uczyć się o wygodzie mieszkań, której trudno doświadczyć w Polsce. Mimo trudności i naprawdę wymagających zaliczeń i ogromu projektów byłam zadowolona, że wybrałam sobie akurat taki kierunek.

Dlaczego więc zerwałam z architekturą, kiedy mogło się wydawać, że to raj, jakich mało?

Niestety praca w zawodzie była bolesnym zderzeniem z rzeczywistością. Zderzeniem z naprawdę słabymi warunkami pracy nawet w warszawskich biurach i umowami śmieciowymi na każdym kroku. Zderzeniem z budżetami inwestorów, którzy rzadko kiedy posiadali jakiekolwiek estetyczne wykształcenie (co nie jest ich winą, bo przecież plastyka w szkole to tylko nieporadne używanie świecowych kredek), a co za tym idzie – brakowało im przyzwolenia na współpracę z odważnymi architektami. Chęć ogromnego zarobku deweloperów, dla których wciśnięcie jak największej liczby mieszkań i projektowanie minimalnych ilości zieleni na osiedlach było na porządku dziennym.

Widząc, że z systemem nie wygram (a na pewno nie samodzielnie), powoli przekonywałam się, że to nie jest miejsce, w którym ja siebie widzę. Chciałam tworzyć coś ważnego, działać z własnymi wartościami, ale w tamtym momencie na rynku nie mogłam znaleźć nic dla siebie.

Równolegle rozwijałam swoje fotograficzne umiejętności.

Nie, żebym miała na to jakiś konkretny plan, bo wtedy nawet mi się nie śniło, że na fotografii można zarabiać. Powoli dojrzewałam do tego, by choć uwierzyć w to, że mogę zmienić swoją podjętą w wieku 19 lat decyzję odnośnie zawodowej drogi. No a jak już dałam sobie na to przyzwolenie, ziarno zmiany zaczęło mocno kiełkować. ;)

Wybrałam fotografię, ale nie tylko

W pewnym momencie, kiedy nadszedł czas wzmożonej pracy w moim biurze, doszłam do wniosku, że nie jestem w stanie aż tak poświęcać się temu zawodowi. Podjęłam decyzję, że chcę ruszyć w innym kierunku. Od podjęcia decyzji do ostatecznego zerwania z etatem w biurze architektonicznym minęło kilka miesięcy. Wiedziałam, że muszę się do tego przygotować.


Jak przygotowałam się do porzucenia etatu?

  • Założyłam sobie, że muszę odłożyć pieniądze na start swojego biznesu. Od zawsze byłam oszczędną osobą, więc już w tamtym momencie dysponowałam już (niezbyt wielkimi) oszczędnościami. Uznałam, że idealnie będzie mieć kwotę, która zapewni mi utrzymanie przez sześć miesięcy bez żadnego przychodu.
  • W tym czasie prowadziłam już swojego bloga. Nie był to blog ekspercki, ale regularnie publikowałam wpisy o organizacji lifestyle’u okraszonymi moimi zdjęciami. W tamtym momencie publikowałam głównie zdjęcia kawy, ale najważniejsze było to, że gromadziłam wokół siebie ludzi, którzy wiedzieli, że lubię robić zdjęcia.
  • Przez cały czas opowiadałam o tym, że chcę mieć swój biznes i chcąc nie chcąc budowałam wizerunek siebie jako (przyszłego) fotografa.

Na fotografię zdecydowałam się dlatego, że przychodziło mi to bardzo naturalnie.

Nie musiałam zmuszać się do tego, by robić zdjęcia, a zrobienie dobrego zdjęcia przychodziło mi z łatwością. Nie da się ukryć, że nauka na wydziale architektury bardzo mi w tym pomogła. W końcu przez pięć lat miałam do czynienia z estetyką i sztuką.

Nie podchodziłam jednak do fotografii w taki sposób, że albo będę robić zdjęcia, albo nic innego.

Wiedziałam, że chcę spróbować i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Miałam też przekonanie, że słabo odnajduje się w pracy na etacie. Irytowało mnie to, że pewnych rzeczy nie mogłam przejść i zrobić ich sprawniej… Miałam swoje pomysły na harmonogramy i pracę nad projektami, ale nie mogłam przeskoczyć tego, że to nie ja byłam właścicielką firmy i nie byłam decyzyjna. Czułam, że po prostu odnajdę się we freelancingu.

Co zrobiłam najpierw, kiedy odeszłam z etatu?

Kiedy już odeszłam z etatu, pierwsze co zrobiłam, to dopracowałam swoje strony internetowe. Mimo że nie miałam jeszcze zbyt wielu klientów (chyba nawet nie miałam ich w ogóle, haha!), to cieszyłam się, że uwolniłam sobie osiem godzin dziennie na pracę nad własnym biznesem. Mogłam całymi dniami pracować nad swoimi miejscami w internecie: wpisami blogowymi, stroną z portfolio, kontem na Instagramie i profilem na Facebooku. Zależało mi na tym, by wszystko było przejrzyste i profesjonalne.

Jednocześnie czytałam książki o biznesie i marketingu i starałam się przyswoić jak najwięcej biznesowej wiedzy. Nie miałam wcześniej do czynienia z żadnymi biznesowymi przedmiotami i wyszłam ze studiów z przekonaniem, że będę całe życie pracować na etacie.

Musiałam samodzielnie nauczyć się tego, jak prowadzić własny biznes.

Regularnie publikowałam, pisałam maile z ofertami i kminiłam nad tym, co zrobić, by jeszcze lepiej rozwijać własny biznes. Kiedy udało mi się w końcu uzyskać dotację na rozpoczęcie działalności gospodarczej (wcześniej działałam w Akademickich Inkubatorach Przedsiębiorczości, co wspominam koszmarnie), postanowiłam, że daję sobie rok.

Przez dwanaście miesięcy zrobię, co mogę, by rozwinąć swoją działalność na tyle, by się z niej utrzymywać. Po roku właśnie musiałam rozliczyć się z Urzędem Pracy jeśli chodzi o dotację. Jeśli do tej pory by mi nie wyszło, dałam sobie zielone światło na powrót na etat.

Brak klientów na początku nie był jedynym problemem

Poza niezbyt wielką liczbą klientów miałam też inne problemy. Strasznie stresowałam się tym, że zabraknie mi kasy i była to jedna z rzeczy, która nie pozwalała mi spać po nocach. Mimo szczerych zapewnień rodziców, że w razie potrzeby mi pomogą, czułam ogromną odpowiedzialność za siebie i byłam przekonana, że sama muszę się utrzymać. Do tego doszły jeszcze prywatne perypetie, które mocno siadły mi na psychę, no i najbardziej zwyczajny w świecie stres o to, że mam niewystarczające umiejętności. Wszystko robiłam po raz pierwszy i musiałam mocno wyjść ze swojej strefy komfortu.

Jak pracowałam na początku?

Powoli odnajdywali mnie klienci. Na początku było to oczywiście nie więcej niż kilka niewielkich zleceń w tygodniu. Każdego klienta jednak chciałam obsłużyć najlepiej jak tylko mogłam. Robiłam dobre zdjęcia i wysyłałam gotowe zlecenia najszybciej, jak się dało. Prosiłam o oznaczanie mnie podczas publikacji i zachęcałam do tego, by klienci polecali mnie dalej. Wbrew pozorom nie są to wcale takie oczywiste sprawy. Wielu klientów żaliło mi się, że nie dostawali odpowiedzi na swoje maile z prośbami o ofertę, które wysyłali do innych fotografów…

W pewnym momencie doszłam do wniosku, że sama odpowiedź na maila i zrealizowanie zlecenia w terminie gwarantuje mi wyprzedzenie peletonu innych fotografów. Serio, rzetelność jest w cenie.

Realizowałam wszystkie zlecenia i pokazywałam się, gdzie tylko mogłam. Publikowałam na blogu, facebooku, fanpage’u i profilu prywatnym, wrzucałam zdjęcia na Instagram i nagrywałam stories. Nawet wtedy, kiedy zżerał mnie wstyd i nagrywałam jedno story trzy dni. WIEDZIAŁAM, że mi to się po prostu opłaci. I widzę z perspektywy czasu, że miałam totalnie rację.

Przez długi czas działałam mega chaotycznie, łapałam się wszystkiego i próbowałam złapać milion srok za ogon. Robiłam zdjęcia portretowe, narzeczeńskie, mocno cisnęłam ze ślubami, pisałam bloga o organizacji i gadałam o lifestyle’u na Instagramie. Wiedziałam tyle, że chcę być fotografem bez spiny, ale z całego tego różnorodnego contentu nie wyłaniał się jakiś konkretny kręgosłup. Miałam wrażenie, że jestem chaotyczna i nieokreślona. Brakowało mi spójnego celu w moim działaniu.

W końcu poczułam się pewniej

Wiele zmieniło się jakoś po 1 – 1,5 roku działalności, kiedy zleceń miałam już na tyle dużo, że nie musiałam martwić się o swoje przychody. Robiłam kilkanaście ślubów w roku, do tego sesje wizerunkowe i modowe. Czułam, że sobie poradzę. Jednocześnie miałam potrzebę zawężenia swojej działalności i określenia tematycznego kręgosłupa. Dotarłam do swojego stylu w zdjęciach i świetnie odnajdywałam się w mediach społecznościowych i fotografii. Co w połączeniu stało się niszą, w której czułam się naprawdę mocna.

Postanowiłam mocno zastanowić się nad tym, w jaką stronę ja w ogóle chcę iść.

Co chcę zrobić ze swoimi zdjęciami, blogiem, działaniem w internecie i w fotografii. Określiłam swoje wartości i wybrałam rzeczy, które robi mi się najbardziej przyjemnie i w których jestem najlepsza. Zdecydowałam, że fantastycznie odnajduję się w zdjęciach, które robię klientom na Instagram (instagramowe sesje wizerunkowe i modowe to jest to!). Rozumiałam, jak działa to medium, co wcale nie jest taką oczywistością, jeśli chodzi o fotografów.

Moja marka fotografa utrwaliła swoje cechy: fotografuję na luzie i zawsze, ale to zawsze dowożę i odnajduję się świetnie w zdjęciach na Instagram. Od tego momentu (czyli jakoś dwa, dwa i pół roku po założeniu własnej działalności) odkryłam w końcu kierunek, w którym naprawdę dobrze się czuję i w którym chcę podążać.

Zaczęłam jeszcze bardziej skupiać się na contencie w internecie. Na początku tego roku zrobiłam porządny firmowy rachunek sumienia i postanowiłam wprowadzić produkt elektroniczny.

Pandemia przyśpieszyła zmiany, które od dawna chciałam wprowadzić:

  • postawiłam mocny focus na zdjęcia komercyjne, czyli fotografię modową (do sklepów internetowych i na Instagram, zarówno zdjęcia w studio, jak i plenerowe) oraz fotografię wizerunkową. Tu sesje wizerunkowe na Instagram robią furorę i nie da się ukryć, że naprawdę je lubię. Chciałabym skupić się na tym właśnie kierunku.
  • Postanowiłam wypuszczać swoje produkty edukacyjne. E-book o atrakcyjnych zdjęciach na Instagram (o których wiem naprawdę dużo, bo dokładnie takie robię swoim klientom i dla siebie) cieszył się ogromnym powodzeniem i to utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to temat, w którym się odnajduję. Na pewno nie jest to ostatni produkt, jaki wprowadzam. ;)
  • W odpowiedzi na potrzebę spotkań twarzą w twarz wprowadzam limitowane warsztaty fotograficzne. Dla osób chcących zarabiać na zdjęciach i tych, które chcą nauczyć się robić lepsze zdjęcia na Instagram. Wiem, że produkt do pracy własnej to jedno, a warsztaty to drugie. Sama jestem na co najmniej kilku warsztatach w roku i wiem jak ogromne znaczenie ma konstruktywna krytyka osoby, z którą mogę się spotkać.
  • Mocno ograniczyłam fotografię dla klientów prywatnych. Śluby i sesje narzeczeńskie robię osobom, które jakoś znam albo które są naprawdę pewne tego, że to ja mam im robić zdjęcia.
  • Postanowiłam budować markę eksperta w internecie. Planuję publikacje na blogu i instagramie, regularnie publikuję i opowiadam o fotografowaniu i biznesie na stories. Tworzę markę siebie jako fotografa i to jest dla mnie najważniejsze.

Jak widzisz, mój plan na siebie jest dość klarowny. Poszukiwanie swojego kierunku trochę trwało, można powiedzieć, że zaczęło się dawno temu, kiedy zdecydowałam pójść na pierwszą lekcję rysunku. I nigdy nie mówię, że moje plany i wartości są wyryte w kamieniu. Dziś czuję się ze swoim planem dobrze, ale kto wie, czy za jakiś czas tego nie zmienię. Wiem, że dużo musiałam się nauczyć i wiele rozmów przeprowadzić, by do tego dotrzeć.


Ty też chcesz nauczyć się robić lepsze zdjęcia, okryć siebie i zbudować filary swojej marki, nauczyć się robić zdjęcia na Instagram, które są atrakcyjne i spójne z Tobą? Jeśli tak, zapraszam Cię na najbardziej inspirujące warsztaty fotograficzne, które odbędą się już 21 i 22 sierpnia.

>> Rezerwuję swoje miejsce na warsztatach! <<

Relację z pierwszej edycji najbardziej inspirujących warsztatów fotograficznych znajdziesz w tym wpisie.

Sprawdź także

Poprzedni post

7 zdjęć czerwca - sesja kwiatowa, do książki i e-book o spójności na Instagramie

Następny post

Robić swoje #3 - Kamila Surma. Jak słuchać swojej intuicji?