Ania Ulanicka

Nie sądziłam, że to nie sukcesy mnie zbudują. 2017 & rok na swoim.

***
1.01.2017. Pierwszy dzień bez etatu.

Jestem podekscytowana, zadowolona, trochę wyczerpana tym, co było, ale też wystraszona i niepewna tego, co dopiero będzie. Ale hej - mam przy sobie fajnych, wspierających ludzi, którzy będą przecież ze mną zawsze, w głowie trochę pomysłów, które są bajeczne, na koncie oszczędności na start - będzie dobrze!

Musi być!

***
1.01.2018. Mija pierwszy rok na swoim. Jestem dużo bardziej świadoma.

Dużo spokojniejsza, lepiej przygotowana. Wystraszona? Niezbyt. Dużo rzeczy wystraszyło mnie w ostatnim roku, zdołałam się uodpornić. No i hej - mam przy sobie fajnych ludzi, choć zupełnie nie tych samych, co rok temu. Ale pomysłów - tyle, że bez ostrej selekcji się nie obędzie.

I mam tę świadomość. Że zdołałam lepiej poznać siebie, przetrwać momenty, które mnie przygniotły, wycisnęły morze łez i kazały zwątpić.

Zdołałam przetrwać dni, kiedy sto procent swojej energii poświęcałam na to, by zmusić się do wyjścia z łóżka. Tygodnie niesamowitych sukcesów i takich porażek, że byłam gotowa rzucić to wszystko w cholerę i nie patrzeć wstecz. Miesiące, kiedy motywacja pozwalała latać i takie, kiedy moim jedynym priorytetem było je po prostu przetrwać.

Teraz, kiedy patrzę na poprzedni rok, coś ściska mnie w gardle i normalnie się wzruszam, najprawdziwszą łzą. Bo tego, jak wygląda moje życie dziś, nie byłam w stanie przewidzieć. Nie sądziłam wcześniej, że to nie sukcesy mnie zbudują.

A zbudowały mnie kopniaki w tyłek.

***

Zabierałam się do tego wpisu jak pies do jeża. Wiedziałam, że to dokładniejsze spojrzenie na ostatni rok wywoła we mnie sporo emocji. Wahałam się, czy w ogóle chcę go publikować.

Jednocześnie - chciałabym pokazać, że da się zrobić naprawdę dużo. Mimo przeciwności, najróżniejszych wypadków, prywatnych przeżyć. Kilka miesięcy temu nie sądziłam, że powiem, że ten rok podarował mi najlepszy prezent na świecie. Najwięcej lekcji, które pozwoliły mi się ukształtować. Najwięcej porażek.


 

***
STYCZEŃ - KWIECIEŃ. Mało świadoma, zbyt przyzwyczajona do dobrostanu.

Moje pierwsze kroki na swoim nie były zbyt pewne. Narobiło mi się sporo zaległości na blogu, zaczynałam szukać pierwszych klientów mając nadzieję na dłuższe współprace, chciałam też trochę odpocząć po bardzo intensywnych miesiącach, kiedy jednocześnie pracowałam na etacie, jak i rozwijałam swoje projekty (zdjęcia i blog).

Nie byłam jeszcze pewna siebie, swoich cen, umiejętności. Każda, nawet drobna odmowa była dla mnie ogromną porażką i bardzo często łapałam dołki, że nigdy nie znajdę tylu klientów, ilu potrzebuję. Kontakty budowały się bardzo powoli, a ja się tym wszystkim okropnie stresowałam.

W tym momencie działałam w Akademickich Inkubatorach Przedsiębiorczości. Powiedzieć, że jest to organizacja nieogarnięta, to jak nic nie powiedzieć. Po kilku miesiącach wiałam stamtąd gdzie pieprz rośnie.

Mimo wszystko dowiedziałam się tam co nieco na temat prowadzenia księgowości, rozliczeń, i ogólnie biznesu. Jednak nie polecam tego rozwiązania na dłużej niż kilka miesięcy (chyba że ktoś ma anielską cierpliwość i stalowe nerwy - a to zdecydowanie nie ja).

Pod koniec kwietnia rozstałam się również z chłopakiem, który był dla mnie wcześniej ogromnym wsparciem, a do czego się zbyt mocno przyzwyczaiłam.

I w tamtym momencie postanowiłam wrócić na etat.


 

***
MAJ - LIPIEC. NIE WRÓCIŁAM NA ETAT. THANKS, GOD!!!

No ogólnie te miesiące nie były porywające, choć podjęłam wtedy dosyć sporo porywających decyzji.

Na przykład zaczęłam chodzić na siłownię (najlepszy antydepresant ever), o co w życiu bym siebie nie podejrzewała, ale od czego są siostry, które robią excelowe tabelki o tytule „GWIAZDY NA LATA” i każą zaznaczać wszystkie treningi w odpowiednich krateczkach pod groźbą kary. ;) Po miesiącu chodziłam już tam z własnej woli i chodzę do dziś.

Kupiłam bilety do Tajlandii mając na podjęcie decyzji jakieś 30 minut. Zapisałam się na szkolenie z przedsiębiorczości, napisałam oraz złożyłam wniosek o dotację na założenie działalności. Obchodziłam rok powstania bloga. Założyłam newsletter. Spędziłam swoje 26. urodziny sama (ale pysznie jadłam, więc było przemiło), bo wiele (hm, blisko sto procent) moich znajomości nie przetrwało tegorocznej próby (początkowo było mi smutno i czułam się samotnie, ale dzisiaj widzę to inaczej - czasami po prostu każdy musi iść w swoją stronę).

Zaczęłam poznawać kompletnie nowych ludzi - odzywałam się do blogerów lub innych twórców, których lubię i zwyczajnie umawiałam się z nimi na kawę. Ola Stabrawa (blog.stabrawa.pl) skrzyknęła mnie i Anetę (simpledancerslife.pl) i założyłyśmy blogowego masterminda, który pozwolił nam rozruszać nasze blogi. Intensywnie bookowałam sezon ślubny.

Nie przestawałam czytać, słuchać i oglądać treści, które w jakikolwiek sposób mogłyby mi pomóc w rozwijaniu swojego biznesu. Nie przestawałam pytać, szukać i się uczyć. Uczyć się radzić sobie sama.

I, choć ciągle się cholernie wahałam, założyłam działalność.


 

***
SIERPIEŃ. YOU CAN.

W tamtym momencie moje życie jakby zaczęło się od nowa.

Był to bardzo intensywny miesiąc zdjęciowo - ślubny. Zrobiłam wtedy wiele fantastycznych reportaży, nawiązałam dużo nowych znajomości i przepracowałam nie wiem już ile godzin.

I spędziłam mnóstwo czasu sama ze sobą. Nie tylko jeżdżąc po Polsce i fotografując, ale w ogóle. Uczyłam się na nowo lubić siebie i swoje życie. Koniec końców - są to jedyne pewności.


 

***
WRZESIEŃ. IF YOU’RE TIRED, LEARN TO REST, NOT TO QUIT.

Wyjechałam do Tajlandii i oderwałam się od swojego życia.

Pierwszy raz w życiu skoczyłam do wody o kilkunastometrowej głębokości (i dopiero po kilku minutach mogłam normalnie oddychać ze stresu). Zwiedziłam buddyjskie świątynie, zaliczyłam tysiąc upadków na trekkingu w dżungli, nauczyłam się prowadzić skuter jeżdżąc lewą stroną ulicy, pokochałam pad thai, przeżyłam sztorm na morzu, a w drodze powrotnej spędziłam całkowicie samotnie dwa dni w zupełnie obcym mi kraju, wracając do hotelu jakąś dziwną taksówką, a później koczując na lotnisku.

Zobacz wpisy z Tajlandii:
- 10 rzeczy, które zrobiłam po raz pierwszy w życiu będąc w Tajlandii
- Wioska na północy Tajlandii - jak doceniłam to, co mam
- Piękny wschód słońca na Koh Phangan w Tajlandii

No być może nie dla każdego są to jakieś szalone rzeczy, ale dla mnie - osoby dosyć wygodnickiej - były to najszaleńsze rzeczy w życiu, dzięki którym przełamałam mnóstwo barier.

Pomyślałam, że skoro mogę wziąć prysznic, w którym biegają jaszczurki, to co mnie jeszcze może przestraszyć.

Odpoczęłam. Spojrzałam na to, co wydarzyło się w ubiegłym roku z trochę innej perspektywy.

Uśmiechałam się.

I nabrałam ochoty na więcej.


 

***
PAŹDZIERNIK - GRUDZIEŃ. YOU CAN START OVER, EACH MORNING!

Wyjechałam na warsztaty fotograficzne, na których poznałam nie tylko Anię i Mateusza, których zdjęcia uwielbiam, ale i gromadkę innych fantastycznych fotografów (a z niektórymi utrzymujemy kontakt do dziś - znajomości branżowe są nieocenione!). Po zakończonym sezonie ślubnym - nabrałam więcej pewności siebie, swoich umiejętności, nauczyłam się lepiej wyceniać swoją pracę, dowiedziałam się z jakim klientem chcę współpracować, a i udało mi się nawiązać kilka współprac, które zdecydowanie przerodziły się w dłuższe. Ciągle się reklamuję, ale powoli wieść o moich fotkach niesie się już daleko poza krąg tych dalszych znajomych.


 

***
DOUBT KILLS MORE DREAMS THAN FAILURE EVER WILL.

Miałam ostatnio takie przemyślenie, że zwykle kiedy decydujemy się na start biznesu/bloga/itd. wymaga się od nas idealnego, przemyślanego planu: co będziemy dokładnie robić, do kogo trafiać, w jaki sposób się komunikować. I to często blokuje przed startem.

Z perspektywy ostatniego roku mogę powiedzieć, że to bullshit. Jasne - miałam jakieś wizje rok temu, ale to to, co wiem teraz, jest świadomą wizją i planem na to, jak chcę prowadzić swój biznes, co dokładnie proponować oraz jakie nieść za sobą wartości i dzięki temu moja strategia na rok 2018 jest bardziej przemyślana, niż ta na rok poprzedni.

Chcę przez to powiedzieć, że czasami warto zacząć działać, zanim jeszcze jesteśmy gotowi. I korygować kurs w trakcie, w miarę jak doświadczenie będzie coraz większe.

***

Zostałam wyróżniona w rankingu Jasona Hunta dot. najbardziej wpływowych blogerów jako wschodząca gwiazda polskiej blogosfery. To dla mnie ogromne wyróżnienie i ekscytujące przeżycie. No i koniec końców - poklepanie po plecach i ogromna motywacja do dalszej blogowej pracy!

***

W tym czasie też miałam kilka tygodni, kiedy nie byłam w stanie podpisać ani jednej umowy, nawiązać żadnej współpracy i zwyczajnie złapałam doła. Nie byłam już jednak rozemocjonowaną, niepewną dziewczyną ze stycznia. Uczę się radzić sobie z emocjami i demotywującymi myślami. Uczę się myśleć o sobie dobrze, wierzyć w siebie i być największym kibicem swojej własnej pracy.


 

***
TRY. TRY. TRY AGAIN.

Zrobiłam kilkaset gigabajtów zdjęć. Nie wiem ile to dokładnie jest sztuk - kilkadziesiąt tysięcy??? Tak gdyby ktoś był ciekaw, skąd się biorą moje umiejętności.

Przejechałam/przeleciałam/przepłynęłam dziesiątki tysięcy kilometrów, aby fotografować, zwiedzać nowe miejsca, nabierać dystansu, poznawać siebie i dowiadywać się, czego chcę, a czego nie.

Zrobiłam od maja 80 treningów na siłowni. Siostra mówi, że widzi po pośladzie, że nie oszukuję na ciężarach. A poważnie - nauczyłam się ruszać z domu, kiedy kompletnie mi się nie chce. Rezygnować z zachcianek, kiedy trzymam dietę. Przychodzić na siłownię, gdzie nikogo nie znam i masakrycznie się wstydzę. 

Wymieniłam setki maili w poszukiwaniu współprac. No i pewnie otrzymałam porównywalną ilość maili odmownych lub nie otrzymałam odpowiedzi żadnych. Co z tym robię? Piszę i wysyłam dalej.

Poznałam kilkunastu fantastycznych ludzi, z którymi zrealizuję tak fajne projekty w tym roku, że będzie taki czad i fajerwerki, że aż sama się boję.

Opublikowałam kilkadziesiąt wpisów na blogu i ponad 300 zdjęć na Instagramie. I nie oczekiwałam, że przyniesie mi to blogerską sławę z dnia na dzień. Będę dalej publikować, aż tak się stanie.

Przeczytałam pewnie ponad 20 książek. Zdecydowana większość o rozwoju osobistym, biznesie lub psychologii. Tak żeby być trochę bardziej świadomą tego, co robię i jak działa świat wokół mnie. Żeby bardziej brać odpowiedzialność za to, jak wygląda moje życie, a mniej zwalać to na otoczenie.

Nauczyłam się prosić o pomoc, realizować wspólne projekty i działać z innymi, tak samo ambitnymi ludźmi.


 

***
STAY DETERMINED.

Chciałabym, abyś przestał poddawać się strachowi i niepewności. Ja się bałam ogromnie, ale każda fajna rzecz, jaką zrobiłam przychodziła wtedy, kiedy nie czułam się komfortowo. Każdego dnia robiłam mały, niewygodny krok, który pomógł mi realizować swój cel. Utrzymywanie się z czegoś, co uwielbiam robić.

Nie życzę Ci samych najlepszych chwil i słonecznych dni w kolejnym roku. Nie. Piękne chwile i dobrostan są miłe, ale rozleniwiają i szybko przyzwyczajają.

Życzę Ci, abyś każdą porażkę przekuwał w lekcję. Abyś każdą traktował jako możliwość, że możesz zrobić coś na nowo. I żebyś na każdą nową szansę miał tylko jedną odpowiedź.

WHY THE HELL NOT.

Share on

You may also like

Previous Post

Inspirujące plakaty do pobrania! Wydanie zimowo - świąteczne.

Next Post

3 życiowe zmiany, nad którymi teraz pracuję