Ania Ulanicka

Relacja z Włoch – Bergamo, Mediolan, Jezioro Como, Brescia

Umieram z niewyspania, kiedy dzwoni budzik o 3:15. Nie wiem, czy sama bym się obudziła. Nie lubię wstawać, kiedy jest jeszcze ciemno, ale perspektywa ponad tygodniowego lenistwa daje mi jakąś nową energię. Jedziemy na lotnisko w deszczu. Zjadamy tam szybkie śniadanie i ruszamy w podróż.

Po niecałych dwóch godzinach wylądowaliśmy w Bergamo

Wysiedliśmy z samolotu, zostawiliśmy rzeczy w hotelu i od razu pobiegliśmy na pierwszą włoską kawę i brioche, czym okazał się croissant z marmoladą. I dosłownie po chwili spotkaliśmy się z włoskim chillem (dzięki własnej pierdołowatości). Nie mieliśmy gotówki, by zapłacić za to, co wypiliśmy i zjedliśmy (ludzie Visa ;)). Zrobiło mi się strasznie głupio, ale Włoch, właściciel miejsca, w którym piliśmy kawę, na chillu powiedział nam, gdzie jest bankomat i nie miał żadnego absolutnie żadnego problemu z tym, byśmy zapłacili później. 

(Bankomat okazał się być jakieś 15 minut spacerem dalej, także nie była to wcale taka błyskawiczna sprawa!)

Kiedy już ogarnęliśmy swoje zadłużenia, kolejką Funicolare wjechaliśmy na górę Bergamo do Città Alta, czyli starego miasta. Natychmiast podjaraliśmy się wąskimi uliczkami (którymi, o dziwo, jeździły również normalnie samochody) i całym tym wszechobecnym klimatem. Ja zaczęłam odpoczywać, kiedy tylko usłyszałam śpiewne świergotanie Włochów. :)

Wystrój Bazyliki Santa Maria Maggiore w Bergamo. Prawda, że robi wrażenie?

Fasada Bazyliki.

Uwielbiam we Włoszech to, że tak piękne, monumentalne budowle znajdują się w niepozornych miejscach. Chciałam ogromnie zobaczyć Bazylikę Santa Maria Maggiore w Bergamo i byłam zaskoczona, że wyłoniła się, kiedy spacerowaliśmy mega wąską uliczką.

Włosi naprawdę potrafią w kościoły – żadne świątynie na świecie nie robiły na mnie tak dużego wrażenia, jak te w Italii (o czym mogłam przekonać się już na studiach, wkuwając na pamięć ich plany).

Uwielbiam te ogródki pełne ludzi!

Włoch ze zdjęcia biegł do restauracji przywitać się ze swoimi znajomymi. Na drugim zdjęciu – pierwsza nasza włoska pizza. Obłędna!

Czekaliśmy na popołudnie, by jak najszybciej zjeść pyszną, włoską pizzę. Absolutnie nas nie rozczarowała. Wręcz przeciwnie. Wiedzieliśmy, że czeka nas tu glutenowa rozkosz!

Drugiego dnia chcieliśmy pojechać nad jezioro Como. Wylądowaliśmy w Mediolanie.

Wylądowaliśmy w Mediolanie po tym, jak okazało się, że nasz pociąg nie jeździ akurat w dniach naszego urlopu, o czym dowiedzieliśmy się dopiero na dworcu (#chill). Następny pociąg jechał do Mediolanu, więc wybór był prosty. Podróż trwała około godziny.

Jeśli chodzi o komunikację – my kupiliśmy na dworcu tygodniowy bilet za 40 euro (cena za jedną osobę), który upoważniał nas do jazdy wszystkimi środkami komunikacji w całej Lombardii. Opłaca się niesamowicie!

Katedra w Mediolanie jest przepiękna (za wstęp zapłaciliśmy chyba 3 euro) ale tłumy ludzi i wszechobecne kolejki okrutnie nas zmęczyły. Ja wiem, że takie miejsca rządzą się swoimi prawami, ale dla mnie to jest dość ciężkie do zniesienia.

Zjedliśmy pizzę w polecanym przez Was Piz – nie zdążyliśmy się obejrzeć, a już siedzieliśmy w środku z kawałkeim pizzy w jednej i kieliszkiem wina w drugiej ręce. Natomiast kawiarnia, którą chcieliśmy bardzo zobaczyć, była zamknięta przez cały miesiąc (jak kilka innych miejsc), co totalnie nie mieściło się nam w głowie. Jak można cokolwiek zamknąć na miesiąc?!?!??? W Warszawie wydaje się to czymś wręcz nie do pomyślenia.

Galeria jest przepiękna (w szczególności konstrukcja sklepienia), ale ze względu na okropny tłum wyszliśmy stamtąd po kilku minutach.

Marcin nie ominął żadnej księgarni. :)

Zjedliśmy lody i wróciliśmy po kilku godzinach w Mediolanie do spokojnego Bergamo. To miasto podobało nam się dużo, dużo bardziej niż Mediolan.

Widok z Citta Alta na Bergamo.

Wybraliśmy się też nad jezioro Como. Pierwszego dnia po godzinnej podróży do Lecco spadł deszcz, więc zatrzymaliśmy się dosłownie na chwilę i postanowiliśmy odłożyć naszą wycieczkę na inny dzień. Jednak nie da się ukryć – jezioro w szarościach i mgłach wyglądało naprawdę przepięknie.

Chwila przed burzą!

Jezioro Como i Varenna

Wybraliśmy się tam ponownie w niedzielę i z przesiadką w Lecco dojechaliśmy aż do Varenny. Nie był to zbyt mądry pomysł, bo w słoneczną pogodę w weekend tłumy były przeokrutne. Skojarzyło mi się to miejsce z Sopotem w szczycie sezonu. Woda, tłumy, brak miejsc w lokalach. Ja niestety trafiłam też na najsłabszą pizzę całego urlopu, co skutecznie zepsuło mi humor.

Brescia

W poniedziałek pojechaliśmy do Brescii. Okazało się, że jak to w poniedziałek, wiele miejsc które chcieliśmy odwiedzić było zamkniętych. Brescia okazała się jednak przepięknym, naprawdę mało zatłoczonym, przyjemnym miastem. Na pewno mniej zatłoczonym niż Bergamo (choć tam też jest w miarę spokojnie). Odwiedziliśmy bazylikę i przeszliśmy się po ulicach Brescii zachwycając się starą zabudową. Niestety i tutaj złapała nas burza. ;) Po usłyszeniu pierwszych jej sygnałów, wyjechaliśmy z miasta.

Ulice Brescii mają naprawdę niesamowity charakter!

Naprawdę uwielbialiśmy Bergamo

Bardzo piękne, spokojne miasto. Po kilku dniach spędzonych tam mieliśmy już swoje ulubione miejsca, zarówno z jedzeniem, jak i takie, w których po prostu odpoczywaliśmy. Za każdym razem, gdziekolwiek byśmy nie wyjeżdżali w trakcie naszego pobytu, z ogromną ulgą i przyjemnością wsiadaliśmy w powrotny pociąg do Bergamo.

Jest godzina 18:50, pani otwiera restaurację o 19:00 i przygotowuje nakrycia. Chill, przecież zdążę! ;)

Czarujący widok na Bergamo.

Tutaj we wtorek, kiedy czekaliśmy na wschód słońca. Nie wiem, jak to zrobiliśmy, ale przybyliśmy na Mury Weneckie jeszcze kiedy było ciemno!

Dużo czasu spędziliśmy w okolicy murów Weneckich. Przesiadywaliśmy tam wieczorami, czytaliśmy książki, pisaliśmy i rozmawialiśmy. Ostatniego dnia w Bergamo pojechaliśmy też obejrzeć wschód słońca. Niebo było zachmurzone, więc nie było za bardzo nic widać, ale i tak mieliśmy mega satysfakcję, że ruszyliśmy tak wcześnie swoje tyłki. ;)

1. Mega klimatyczne uliczki! 2. Skusiliśmy się na ten słodycz mają w pamięci polskie rurki z bitą śmietaną. Niestety jedno z drugim nie miało nic wspólnego. To wyglądało dobrze, ale było przeokrutnie słodkie, twarde i nie smakowało tak, jakby to gniotła pani Halinka. ;)

Tak wyglądałam przez zdecydowaną większość naszego wyjazdu. Wychillowana i z kawą.

Jak widać trochę rzeczy było nam totalnie nie po drodze i wyszło w międzyczasie kilka fuckupów, ale postanowiliśmy podejść do tego na totalnym chillu, korzystając z tego, co nam się po prostu przydarza. Dzięki temu cały wyjazd spędziliśmy naprawdę miło i spokojnie.

Czego nauczyli mnie przez te kilka dni Włosi?

  1. Każdego dnia powinien być święty czas na odpoczynek, w określonych godzinach, bez względu na to, jaki ogień mam w pracy.
  2. Nie ma takiego problemu, do którego nie można podejść na chillu i z uśmiechem na ustach.
  3. Fajnie podróżować z kimś, kto lubi podobnie odpoczywać i podobnie się męczyć. (Cieszę się, że tak samo męczyliśmy się tłumami i tak samo cieszyliśmy się po prostu świętym spokojem!)
  4. Otaczanie się pięknymi, estetycznymi rzeczami wnosi nową jakość.
  5. Życie to pasja!
  6. Jedzenie to pasja!
  7. Czasami (najczęściej!) wystarczy tylko bliska osoba i fajny moment spędzony razem. I już jest cudnie. Naprawdę nie trzeba dużo, by być szczęśliwym człowiekim.
  8. Ludzie wokół są szczęśliwi, chcą dobrze i mają dobre intencje.
  9. Mogę czerpać od ludzi, być zaciekawiona tym, że są inni i się od nich uczyć
  10. Najedzony, wyspany, zrelaksowany, uśmiechnięty człowiek to ktoś, kto również pracuje lepiej. ;)

Bardzo, bardzo podobała nam się wizyta w Bergamo i te glutenowo – lodowo – serowe wakacje. Doszliśmy jednak do wniosku, że przyjemnie jest wyjeżdżać, ale jeszcze przyjemniej wracać. :)

Category
Lifestyle

You may also like

Previous Post

Podsumowanie miesiąca i plany na kolejne. Czy znikam z mediów społecznościowych?

Next Post

10 lekcji, których nauczyłam się przez 2 lata prowadzenia swojego biznesu