Ania Ulanicka

Robić swoje #1 – Marcin Malec. Jak lepiej pisać?

Przeglądałam pewnego dnia feed na swoim Instagramie zafascynowana tym, jak wiele kreatywnych osób dzięki niemu poznałam. Nie raz i nie dwa otrzymałam od Was rady, na które sama w życiu bym nie wpadła. Totalnie zgadzam się ze stwierdzeniem, że my, jako gatunek, osiągamy najwięcej, kiedy działamy razem. Kiedy te wszystkie myśli wskoczyły na swoje miejsce, pojawił się pomysł nowego cyklu na blogu.

"Robić swoje" to cykl, w którym oddaję pałeczkę w Wasze ręce. Mówicie Wy. O tym, kim jesteście, czym się zajmujecie, skąd wiecie, że to jest właśnie to, ale również o tym, jak Wasze fuckupy doprowadziły Was w miejsce, w którym jesteście. Bo wiadomo przecież, że fuckupy to najlepsze lekcje. Dzielicie się tym, czym możecie podzielić się z innymi. Doradzacie. Opowiadacie o tym, jak mimo wszystkich przeszkód, nadmiaru inspiracji, bodźców i presji robicie swoje.

Mam nadzieję, że te rozmowy pokażą Wam, że dosłownie każdy z nas ma takie same rozkminy. Zastanawia się, czy robi to, co powinien, przechodzi momenty zwątpienia i ma ochotę rzucić wszystko w cholerę po kolejnej spektakularnej porażce.

Ale zamiast tego wstaje, otrzepuje kolana, i idzie dalej. Robi swoje.

Zapraszam Was na pierwszą rozmowę. Z Marcinem Malcem, moim partner in crime, copywriterem, specem od content marketingu i (wierzę że jak najszybciej) pisarzem. O jego pracy, budowaniu biznesu, porażkach i o tym, jak lepiej pisać.


Napisz kilka słów o sobie: kim jesteś? Co robisz?

Cześć, jestem Marcin. Niektórzy z Was mogą mnie kojarzyć z roli #insahusbanda Ani, inni z pisarskich eksperymentów na moim Instagramie, a pewnie znajdą się i tacy, co kojarzą mnie z roli marketingowego świra. Tak, jeżeli słyszeliście legendy o człowieku orkiestrze, to właśnie go spotkaliście. W życiu zajmowałem się bardzo różnymi (często dziwnymi) sprawami, dlatego pozwólcie, że przedstawię się z perspektywy ostatniego pół roku.

Po 5 latach pracy w korporacjach postanowiłem rzucić ciepłą, wygodną posadkę i wypłynąłem na wzburzone i spienione wody własnej działalności. W październiku założyłem swoją firmę i od tego czasu uczę się wszystkiego na nowo. Nagle zrozumiałem, że ten sam obiad odgrzewany kilka dni z rzędu to wcale nie jest powód do wstydu, zdałem sobie sprawę, że jeżeli nie pozyskam nowego klienta, to nie będę miał co włożyć do garnka i w końcu zrozumiałem, że praca w dresie przez cały dzień to nie jest spełnienie marzeń.

Czym się zajmuję na co dzień (oprócz korzystania z tego przywileju pracy z domu, że mam lodówkę pod nosem)? Robię firmom marketinigi. Specjalizuję się w content marketingu, w budowaniu strategii marketingowych, w tworzeniu komunikacji i pisaniu. Tak, mogę śmiało powiedzieć, że żyję z klepania w klawiaturkę. W tym wszystkim to właśnie copywriting najbardziej mnie jara, bo tutaj mogę się wyszaleć i jeszcze mi za to płacą.

Skąd wiesz, że to, co robisz jest tym, co faktycznie chciałbyś robić? Jak wyglądał Twój “aha moment”, kiedy uświadomiłeś sobie, że to jest właśnie to? 

Tego nie wiem i chyba nigdy nie będę wiedział. Według mnie takie kategoryzowaniu i szufladkowanie się, że “Oho, właśnie teraz robię to, co od zawsze chciałem robić!” jest zgubne. Sami widzimy po obecnej sytuacji, że jednego dnia masz firmę, jesteś prezesem i korzystasz ze wszystkiego, co dostajesz w pakiecie z tym stanowiskiem, a drugiego dnia możesz być już bezrobotny i będziesz musiał wywrócić swoje życie do góry nogami. Jedno natomiast jest pewne - robię to, co sprawia mi przyjemność. Czy za 5 lat nadal będzie mnie to jarać? Nie wiem, zdzwońmy się 27 marca 2025 roku. 

Ten “aha moment”, ogarnięcie, że robię coś, co mnie jara, był wtedy, kiedy dostałem pierwsze wynagrodzenie za tekst, który pisałem do gazety. Wcześniej byłem takim trochę skrytym gryzipiórkiem, który pisał do szuflady, a jak kopnął mnie zaszczyt, to i wiersz dla mamy na urodziny mogłem odczytać przy całej rodzinie. W końcu jednak ktoś mnie sowicie wynagrodził, to było chyba zawrotne 50 zł za dwustronicowy tekst i ja oszalałem ze szczęścia. Ktoś mi płaci za coś, co i tak robiłem za darmo. Żyć nie umierać! I tak to się właśnie toczy już od blisko 8 lat.

Co jest dla Ciebie najważniejsze w Twojej pracy? Bez czego nie wyobrażasz sobie jej sensu?

Wolność. Bardzo sobie cenię to, że pisząc, mam pełną swobodę i zaufanie drugiej strony. Co więcej, pisząc dla siebie, czy to na Instagramie, czy też w opowiadaniach lub książce absolutnie nic mnie nie ogranicza. No, może oprócz mojego warsztatu, który cały czas szlifuję. Pisanie daje mi ogrom radości. Czuję się wtedy trochę tak, jakbym pożerał kilogramy czekolady i nie dość, że bym po nich nie tył, to jeszcze wszystko szłoby w bicka.

Nie wyobrażam sobie mojej pracy w warunkach ograniczających moją swobodę. Oczywiście, to nie jest tak, że klient przychodzi do mnie i mówi “Pisz tak, jakby jutra miało nie być”. W briefie dostaję pewne ramy i wytyczne, ale nikt nie ogranicza mnie w formie i stylu. Nie wyobrażam sobie pracować z kimś, kto chciałby zmienić to, w jaki sposób piszę, jak myślę i jak to wszystko przelewam na papier.

Wcześniej byłem takim trochę skrytym gryzipiórkiem, który pisał do szuflady, a jak kopnął mnie zaszczyt, to i wiersz dla mamy na urodziny mogłem odczytać przy całej rodzinie.

Czy masz jakiś ulubiony nawyk, który pomaga Ci być efektywnym?

Trzeba po prostu siąść na dupie i działać. Nie mam nawyków. Ostatnio próbowałem przekonać się do planera i jedyne, co z niego wyniosłem, to fakt, że rzeczywiście czasem warto zanotować wizytę u dentysty w kalendarzu. Im więcej mam roboty, tym bardziej jestem zdyscyplinowany. Wtedy nie są mi potrzebne żadne rytuały, po prostu zapierniczam jak dziki. 

Rzeczywiście gorzej jest, jak tej pracy mam mniej. Wtedy jedyne, co mnie motywuje, żeby być efektywnym to “nagroda po”. Zazwyczaj jest to cały wieczór spędzony na graniu na Playstation albo oglądanie seriali. To mnie motywuje do tego, żeby spiąć poślady, szybko ogarnąć to, co mam do ogarnięcia i potem hulaj dusza, piekła nie ma!

Zajawka, z której absolutnie nie jesteś w stanie zrezygnować. Co Ciebie pochłania?

Bardzo trudne pytanie. Jak już mówiłem, jestem typowym przedstawicielem gatunku ludzi orkiestr. Mam setki pomysłów na minutę, realizuję kilkadziesiąt z nich, na dłużej zostaje ze mną kilkanaście. I tak w kółko. Gdybym musiał jednak wybrać jedną zajawkę, bez której nie wyobrażam sobie życia, to byłoby to pisanie. Próbowałem już kilka razy robić sobie detoks, bo ta relacja nie jest na pewno wzorcowa i zdrowa, ale po kilku dniach byłem na takim głodzie, że nawet sernik z rodzynkami mi smakował. Chyba jestem już od tego uzależniony. Oczywiście od pisania, a nie od sernika. Chyba.

Twoja porażka. Co Ci totalnie nie wyszło, a z czego wyciągnąłeś super lekcję?

I że co, mam tak otwarcie powiedzieć o swojej porażce?! Nie no, świruję. Uważam, że każdy powinien otwarcie mówić o tym, co nie wyszło, bo może dzięki temu druga osoba uniknie podobnych błędów. Jednym z największych błędów było to, że na początku konsultowałem swoje teksty z innymi. Zamiast pisać tak, jak czuję, w swoim stylu, bardzo polegałem na zdaniu i opinii innych. Przez to moje teksty były poprawne, ale bez jaj. Takie wiecie, Marki Mostowiaki wśród Donów Draperów. Jak zrozumiałem, że nie tędy droga?

W 2015 roku wysłałem felieton na ogólnopolski konkurs. Oczywiście wcześniej go skonsultowałam z kilkoma osobami, wziąłem sobie do serca wszystkie uwagi, naniosłem i fru, wysłałem zgłoszenie. I co? Jajco. Nic nie wygrałem, nawet nikt do mnie nie napisał czegoś w stylu dzięki za zgłoszenie, ale jesteś pan słaby.

W 2016 roku wysłałem felieton na ogólnopolski konkurs. Oczywiście z nikim go nie konsultowałem. Napisałem po swojemu, nikomu go nawet nie pokazałem. I co? Wygrałem. Zdobyłem I miejsce, tablet, umowę z magazynem, dla którego piszę do dziś. Można? Można!

Pamiętajcie, musicie sobie ufać. Oczywiście, to nie oznacza, że macie być aroganccy i się nie uczyć od lepszych. Świadomie wybierajcie osoby, które dadzą Wam wartościowy feedback, które naprawdę znają się na temacie. Innych olejcie, bo tylko Wam namieszają i nic z tego dobrego nie wyjdzie. I powtórzę to jeszcze raz - bądź sobą w pisaniu, a zobaczysz, że to wcale nie jest taka czarna magia.

Pamiętajcie, musicie sobie ufać. Oczywiście, to nie oznacza, że macie być aroganccy i nie uczyć się od lepszych.

Porozmawiajmy teraz o tym, jak lepiej pisać. Jakie są 3 najlepsze według Ciebie rady?

Zanim zacznę, muszę Wam się do czegoś przyznać. Zawsze, kiedy ktoś mnie pyta “Marcin, a powiedz, co trzeba zrobić, żeby lepiej pisać” i robi to w formie pisemnej, to mam mega pietra, że się wygłupię, bo mogę dać i tysiąc najlepszych rad, ale i tak każdy widzi jaka jest prawda po tym, co czyta. I czytelnik sam jest w stanie ocenić, czy rzeczywiście moje rady są coś warte, czy jednak to coś w stylu “10 technik bokserskich” dawanych przez Joanne Krupę. 

No nic, mam jednak nadzieję, że u mnie nie jest aż tak źle, dlatego chętnie podzielę się z Wami moimi sposobami na to, jak ulepszyć swoje pióro.

Czytaj, czytaj i jeszcze raz czytaj!

Od tego wszystko się zaczyna. Nie ma dobrego pisania, bez regularnego czytania. Czytaj wszystko (no dobra, może oprócz Blanki Lipińskiej). Czytaj literaturę faktu, czytaj komiksy, czytaj fantastykę, czytaj felietony, czytaj pasty. Pożeraj wszystko, co wpadnie w Twoje ręce. Ale, ale! Nie rób tego bezrefleksyjnie, automatycznie. Analizuj to, co czytasz. Rozkładaj na czynniki pierwsze teksty swoich ulubionych autorów. Szukaj tego, co Ci się w nich podoba. Może to metafory, może nieszablonowe konstrukcje, a może prosty język? To samo rób z literaturą, która Cię odrzuca. Szukaj tego, co Cię drażni. Dlaczego właśnie to? Czy napiszesz to lepiej? Masz może pomysł, jak to ugryźć inaczej? Żyj tym.

Pisz, pisz i jeszcze raz pisz!

Jak już się odpowiednio dużo naczytasz, pisz. Pisz i nawet w trakcie czytania. Te dwie rzeczy są ze sobą nierozłączne jak Doktor Jekyll i pan Hyde, jak Mercedes i gwiazda, jak burger i bekon. Ja bardzo lubię porównywać to do ćwiczeń na siłowni - od samego patrzenia (czyli czytania) jak ktoś robi bica na modlitewniku, Twój nie urośnie. Musisz sam zakasać rękawy i regularnie cisnąć pompę. Tak jak samo jest z pisaniem. Tylko pisząc, będziesz w stanie się ciągle rozwijać.

Powiem Ci, z czym ja mam największy problem. Od zawsze byłem perfekcjonistą. Trudna sprawa, bo wszystko, co robię, musi być dopieszczone do maksimum. W pisaniu to nie pomaga. Zawsze można coś poprawić, zawsze można gdzieś wyciąć zbędne zdanie, nietrafioną metaforę. A tu chodzi o to, że trzeba pisać, mając świadomość, że początki będą słabe. To będzie niestrawne, czasem nawet odrzucające. Niestety, nie ma drogi na skróty, dlatego podczas pisania trzeba chować do kieszeni pierwiastek perfekcjonisty i niczym rzemieślnik kuć słowo po słowie. (Notka od Ani: nigdy nie piszę tekstów, kiedy Marcin zagląda mi w ekran komputera. Zwraca mi uwagę na każdy źle postawiony przecinek, zanim jeszcze go napiszę!)

Powtarzaj to w kółko

Neverending stoooooory, na na na nanana. Tyle i aż. Ot cała magia pisarzy. Wystarczy tylko czytać i pisać. Brzmi prosto, prawda? Ech, szkoda, że to tylko tak niewinnie wygląda na papierze. Nie będę Cię oszukiwał - bardzo często sam proces zapisu jest żmudny. Jest trudny, jest bardzo wyczerpujący. Czytanie też nie zawsze idzie tak, jak tego oczekuję. Często moją głowę zajmują inny myśli i trudno jest się wtopić w klimat i świat książki. Natomiast satysfakcja z tego, co się stworzy, ta duma i radość, to są absolutnie dwie rzeczy, których życzę każdemy, aby w swoim życiu kiedykolwiek doświadczył.

Zdanie, które Ciebie prowadzi, jest dla Ciebie największą inspiracją.

Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy, ponieważ wiedza jest ograniczona.


Tu znajdziecie Marcina:

Instagram: @marcinmalec_

You may also like

Previous Post

#zostańwdomu - jak działam, czego się uczę i podpowiadam, co możecie zrobić TERAZ

Next Post

Kompozycja na zdjęciach - co robić, aby na fotkach był porządek?