Ania Ulanicka

Rzecz o lenistwie fotograficznym (i co ma do tego Vogue!)


Nie mam zestawu teł w domu, gromady lamp i blend. Nie wyciągam lustrzanki, jeśli nie muszę. Zdjęcia obrabiam w chwilę i nie rozczulam się kilka godzin nad tym, czy żółty ma odpowiedni odcień. Sprzęt, który nadaje się do fotografowania na mieście to najlepiej taki, który nie będzie kłócił się z 10-centymetrowymi obcasami.


Mogę śmiało stwierdzić, że mieszają się we mnie dwie natury. Pierwsza - pracusia, kiedy tygodniami potrafię pracować przez długie godziny i działać jak nakręcona. Druga - bardziej leniwa, ciągle główkująca, co tu zrobić, by się nie narobić, a by dało efekt wow.

Muszę przyznać, że przez wiele lat dziwiłam się ogromnie (i nadal tak mam) wszystkim tym, którzy poświęcali horendalne ilości czasu na wykonanie jednego zdjęcia. Na rozkminy nad sprzętem, nad obiektywami, lampami. I przez długi, długi czas czułam się w fotografii jak najbardziej niedoświadczona osoba na świecie, bo po pierwsze - nie miałam takiego sprzętu, a po drugie - nie czułam potrzeby go mieć. I być może to właśnie powstrzymywało mnie przed zawodowym podejściem do tematu.

Jednakże - kiedy gromada fotografów główkowała nad sprzętem, ja brałam swój mały aparacik i pędziłam działać. Robiłam kilka fotek, obrabiałam pewnie w jakiejś Picasie czy czymś innym darmowym i mało skomplikowanym, gdzieś publikowałam, zapominałam i robiłam kolejne zdjęcia.

Do czego dążę.

Ano do tego, że przez wiele lat nie miałam kasy na to, by kupować sobie te fikuśne sprzęty i obiektywy w ilościach takich, że można je pogubić i działałam z tym, co miałam. Najpierw jakimś aparatem z kliszą na szkolnych wycieczkach. Później malutkim kompaktem Nikona, później kompaktem Sony, który zgubiła mi koleżanka, aż w końcu bezlusterkowcem z trybem manualnym, na którym nauczyłam się najwięcej. Nadal bez lamp, fikuśnych obiektywów, blend itd.

Fotografowałam, jak jest.

Nigdy nie lubiłam jakiegoś udziwniania, wielkiego stylizowania, a tym bardziej przekłamywania rzeczywistości. Jak najbardziej podziwiam fotografów, którzy są w tym świetni; ja pozostanę przy uwielbianiu surowości. Jak jest jasno - fotki są jasne, jak jest ciemno, to ciemne. Nie robię zdjęć, kiedy nie odpowiada mi światło. Nie rozstawiam lamp - czekam, aż pora będzie odpowiednia. A jeśli mogę się nie doczekać - w ostateczności robię w takich warunkach, jakie są.

(Wychodzę również z założenia, że robię jak najlepsze tylko mogę zrobić ujęcia podczas sesji, by później jak najmniej nad nimi pracować. Bo jeśli muszę grzebać w zdjęciu w photoshopie mnóstwo czasu, aby było dobre - to może zepsułam już coś w momencie naciskania spustu migawki? O tym, że oszczędza to czas, chyba nie muszę mówić.) 

Preferuję naturalność.

Nie jest dla mnie naturalnym noszenie ze sobą sprzętu, który waży co najmniej kilka kilogramów, wybierając się na kawę w sukience i butach na 10-centymetrowym obcasie. Nie jest również dla mnie naturalnym rozstawianie setupu z lamp, teł i blend (nie mam nawet takiej specjalistycznej w domu - ale obiecuję, że jak będzie mi potrzebna, to kupię) tylko po to, żeby sfotografować kawę na Instagram. No nie, kawę piję w fotelu lub przy biurku, nie przy lampach. Nie jest również dla mnie naturalnym obrabianie zdjęć nie wiadomo jak i nie wiadomo ile. Kilka sekund w aplikacji i jest super.

Ktoś może pomyśleć, że jak tak mogę robić na odwal. Dla mnie to nie jest na odwal. Dla mnie jest to najprawdziwsze oddanie tego, czym się otaczam. Z największą szczerością i uczciwością.

Czy nasz wzrok widzi obiekty oświetlone lampami? Nie. Widzi takie, jakie są. Czasami niedoświetlone, zacienione, ale i tak piękne.

Nie zrozumcie mnie źle. Jest wiele, naprawdę wiele rodzajów fantastycznej fotografii, które wymagają ogromnego zaangażowania - jak choćby świetna fotografia reklamowa w studio. Ale tutaj na razie będziemy rozmawiać o fotografii codziennej, pamiątkowej, prawdziwej.

Więc jeśli chcecie dowiedzieć się, jak fotografować tak, jak jest, przy minimalnym wysiłku - zostańcie. Będę o tym pisać, bo zbyt wiele osób fiksuje się na sprzęcie zapominając o tym, co najważniejsze.

Muszę zaznaczyć, że to podejście wymaga doświadczenia. Przeszłam dużo etapów z aparatem w ręce, by teraz nawet najprostszym sprzętem zrobić dobre zdjęcie. Ale gorąco wierzę, że jeśli pozwolimy sobie nauczyć się dobrze widzieć, codzienna fotografia będzie nas ogromnie satysfakcjonować. :)

 

×

Podobnie było choćby z okładką historycznego (bo pierwszego) numeru Vogue’a. Wszyscy się oburzyli, kiedy usłyszeli pogłoski, że okładkowe zdjęcie Jurgen Teller miał zrobić telefonem, w ogóle go później nie obrabiając. (Sprawdźcie fajną rozmowę z nim na Vogue Polska "Lubię waszą melancholię" - dużo wyjaśnia.)

Bo jak to tak - dostał pewnie za sesję kupę hajsu, a nie śmiał wyciągnąć aparatu z torby? Pff, ja zrobiłbym to lepiej, dajcie mi tylko iPhona! Dodatkowo - portrety Polaków w magazynie (w tym Krystyny Jandy i Lecha Wałęsy) również zrobił aparatem w telefonie. Żadnej gromady światła, blend, sprzętu. I przerostu formy nad treścią. 

Nie wiem, jak Wy, ale moja przekorna natura aż podskoczyła z radości, kiedy zobaczyła tę sesję.

Share on

You may also like

Previous Post

Od zawsze chciałam dawać wartość.

Next Post

Kobieto, jesteś najpiękniejsza na świecie!