Wioska na północy Tajlandii – jak doceniłam to, co mam.

Z południa Tajlandii przyjechaliśmy któregoś dnia na północ, żeby zwiedzać buddyjskie świątynie w Chiang Mai, a później iść na trekking w tajskiej dżungli. Dojechaliśmy do miasta o nazwie Pai, w którym oglądaliśmy cudowny zachód słońca i jedliśmy fantastyczne jedzenie na nocnym markecie oraz w którym zapisaliśmy się na dwudniowy trekking. 

Trekking trekkingiem - to jest historia do opowiedzenia innym razem (nie zliczę, ile upadków i zjazdów z górek zaliczyłam, no ale powiedzmy, że było ciekawie), ale to, co było jednym z bardziej intensywnych i w sumie pozytywnych przeżyć, był nocleg w wiosce na samej północy Tajlandii, niedaleko granicy z Birmą (google maps nawet nie przetłumaczyło jej nazwy, więc w sumie to nie wiemy, gdzie spaliśmy). 

Po całym dniu marszu w ponad trzydziestostopniowym upale marzyliśmy o prysznicu, świeżych ubraniach, wodzie i jedzeniu. Prysznic, owszem, był. Na podwórku, w środku wioski, w postaci wielkiej beczki z wodą, która lała się przez plastikową rurę, a żeby lepiej spłukać pianę - polewaliśmy się nawzajem wodą z wiader. (Zdjęć nie będzie - proszę to sobie wyobrazić. ;))

Musieliśmy wyglądać śmiesznie z mnóstwem butelek z wszystkimi kosmetykami, piany i w strojach kąpielowych, kiedy zorientowaliśmy się, że całą naszą piątkę obserwuje gromada rozchichotanych dzieciaków. Kolejnego dnia w tym samym miejscu młoda, bardzo zawstydzona chyba naszą obecnością, na oko kilkunastoletnia dziewczyna szorowała na kolanach plastikowe butelki (tak, te, których dziesiątki my wyrzucamy do kosza nawet ich nie segregując!!!) szczotką i piaskiem.

Kolację przygotowała nam jedna z rodzin - na podłodze, na kolorowym dywanie, jedliśmy ostrego kurczaka z ryżem i mnóstwem warzyw. Nie wiem dlaczego, ale smak tej kolacji oraz śniadania w tym samym miejscu (jajecznica, tosty i świeże owoce) jest smakiem, który naprawdę zapamiętałam.


Wieczorem (o 18:00 było już ciemno jak w nocy) graliśmy w piłkę (męska część wyjazdu) i próbowaliśmy nawiązać kontakt z dzieciakami, które były niesamowicie zawstydzone naszą obecnością. Piłka była drewniana. Guma, w którą grały dziewczyny, zapleciona była z dziesiątek gumek recepturek. 

Mieszkańcy oglądali czasami programy na starych telewizorach siedząc w swoich otwartych taraso - salonach. 

Okazało się jednak, że i na tym końcu świata YouTube jest dzieciakom znany, kiedy dziewczynka śmiało przełączała piosenki na iPhonie kolegi. :)


Większość zdjęć, które pokazuję w tym wpisie, zrobiłam drugiego dnia, kiedy obudziłam się z samego rana, aby zwiedzić wioskę. Mgły, które ujrzałam, szczerze mnie zaskoczyły i zachwyciły! 

W dżungli nie miałam przy sobie ciężkiej lustrzanki, więc robiłam zdjęcia telefonem i bezlusterkowcem, który dodatkowo miał ustawiony format zdjęć nie na RAW, a JPG. Mówię o tym dlatego, że te zdjęcia szczerze mówiąc mają dla mnie chyba największą wartość emocjonalną, jeśli chodzi o cały ten wyjazd. I bardzo możliwe, że gdybym miała ze sobą torbę obiektywów i pełną klatkę, ta relacja wyglądałaby inaczej. Ale dzięki tym ograniczeniom mogłam w pełni skupić się na tym miejscu i łapać moment. Po dziesiątkach już pytań od Was o sprzęt powtórzę po raz kolejny - że to niekoniecznie aparat robi zdjęcia.


Ostatnie zdjęcie - schodki po lewej to wyjście z naszego domku, w którym spaliśmy.

Przy wyjściu na drugi dzień trekkingu zahaczyliśmy o szkołę, do której chodzą dzieciaki. Kolejny widok poruszający serce. Zabawki zrobione z patyków i jakichś tajskich kasztanów. Z linek. Dzieci biegające na bosaka. Lub w za dużych o trzy rozmiary plastikowych klapkach. Wszystkie w podobnych fryzurkach.

I wszystkie z takim samym zawstydzeniem, błyskiem w oczkach i przesłodkim uśmiechem.

Po drodze minęliśmy budowę nowej szkoły. Prawdopodobnie budowaną przez mieszkańców tej wioski. 


 

Czasami się zapędzamy.

W konsumpcjonizmie, w swoich pragnieniach, gonitwie za pieniędzmi, kolejnym awansem, telefonem, mieszkaniem. Nie mówię, że ambicje to coś złego, ale to miejsce, na końcu świata, dosłownie kazało mi się zatrzymać. Poobserwować ludzi, którzy nie znają Zary, Starbucksa i instagramowego życia. 

Którzy mają inne, być może często większe problemy niż nasze, ale uśmiechają się oczami. I których niesamowitą gościnność i opiekuńczość zapamiętałam najbardziej z całego wyjazdu.


  • Aleksandra Andrzejewska

    jak dobrze wiedziec, że są jeszcze takie miejsca na świecie, gdzie ludzie „nie znają Zary i instagramowego zycia”. I jak dobrze, ze mogłaś się tam wżyć.

    • Bardzo piękne (choć krótkie) doświadczenie! Mnóstwo dobrych emocji stamtąd przywiozłam. :)
      PS. Super, że wpadłaś!

  • Justyna Zimny-Frużyńska

    Pięknie to opisałaś, aż serce boli…. My nie doceniamy tego co obok nas, niestety….

    • Dziękuję! Ci ludzie jednak wyglądają na naprawdę zadowolonych, choć żyją zupełnie inaczej. I myślę, że dla nas jest fajnie po prostu o tym pamiętać, że jesteśmy super szczęściarzami. :)
      PS. Bardzo się cieszę, że tu zajrzałaś! :)

  • Aleksandra Piotrowska

    Gościnność ludzi z kraów biedniejszych od naszego zawsze mnie wzrusza. To jest niesamowite! Sami niewiele mają, jak potrafią się dzielić… Zawsze mi to daje do myślenia…

    • Mnie również!!! Kiedy widziałam, jak ci ludzie z samego rana kroją nam ananasy i inne owoce siedząc na podłodze, to aż mi się łezka gdzieś w oku zakręciła. To było tak pełne ciepła doświadczenie, tyle wdzięczności tam poczułam… No coś pięknego!

  • Holly Lu

    Twoja wyprawa może konkurować Z programem Azja Express😊

    • Haha, a to dopiero komentarz! :D Jeśli chodzi o mnogość wrażeń, jakich tam doświadczyłam, to zdecydowanie była to emocjonująca wyprawa. :D

  • Miałam bardzo podobne wrażenia, gdy wylądowałam na wyjeździe na Ukrainie. Wokół raczej bieda, stare samochody, zniszczone budynki i generalnie obraz taki, jak w Polsce 20 lat temu. I ludzie, niezwykle gościnni i radośni, choć brakowało im tych wszystkich „naszych” uszczęśliwiaczy: nowoczesnych samochodów, telewizorów, smartfonów i pięknych wnętrz w bieli ;-) A może właśnie dlatego byli tacy radośni?

    • A może właśnie dlatego! Też mi się czasami nasuwa taka myśl, kiedy widzę obraz podobny do tego, który tutaj opisujesz. Dlatego fajnie czasami zmienić środowisko i perspektywę, z której patrzymy na to, co mamy. Na Ukrainie mnie jeszcze nie było, ale kiedy byłam na Białorusi kilka czy kilkanaście już lat temu, miałam dokładnie takie odczucia.
      Cieszę się, że tu zajrzałaś! :)

      • Dzięki temu faktycznie łatwiej jest docenić to, co się już ma 😉

  • Swietny wpis… Takie wyjazdy ucza pokory. Mialam podobne wrazenie w jednej z filipinskich wiosek, kiedy zaproszono mnie na obiad – taki smak, po prostu z Toba zostaje… Mamy tendencje do patrzenia na zycie przez filtry instagrama, ciagle tylko wiecej, szybciej i lepiej, a przeciez mamy tak duzo…

    • Jeju, nie wiem dlaczego, ale po przeczytaniu Twojego komentarza aż jakaś ciara mnie przeszła. Kilka razy słyszałam takie info, że jeśli mamy mieszkanie, telefon i komputer, to należymy do kilku procent najbogatszych ludzi na świecie. Aż się wierzyć nie chce.

  • naszebabelkowo.blogspot.com

    Tajlandia to dla mnie totalna abstrakcja i egzotyka – ale masz rację, że sporo moglibyśmy się od jej mieszkańców nauczyć.

  • Tajlandia to nie tylko piękne plaże. Nawet ten stosunkowo bogaty kraj ma takie smutne miejsca. Choć w Azji Południo- Wschodniej najbardziej uwielbiam to, że ludzie są tacy ciepli i serdeczni. Szczególnie w takich wioskach.

    • Prawda! Ta serdeczność aż się z nich wylewa. :)

  • Piękny tekst, Aniu. A najbardziej urzekł mnie fragment gdy napisałaś, że to właśnie tę kolację i śniadanie zapamiętałaś naprawdę. Czasami właśnie te wcale niezbyt wyszukanie, nieidealne chwile są najpiękniejsze.

    • Takie momenty, kiedy dostajesz dobro w czystej postaci. Tak bym to określiła. :)